Forum o przestępcach w policyjnych mundurach Strona Główna o przestępcach w policyjnych mundurach
Policyjny Serwis Informacyjny
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sędzia miał 2,5 promila. Był poczytalny? Sąd powołał biegły

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum o przestępcach w policyjnych mundurach Strona Główna -> Policja V RP
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paweł




Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 1145
Przeczytał: 3 tematy


PostWysłany: Wto 4:31, 30 Sty 2007    Temat postu: Sędzia miał 2,5 promila. Był poczytalny? Sąd powołał biegły

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>



Sędzia miał 2,5 promila.

Był poczytalny? Sąd powołał biegłych

...

km 2013-10-18, ostatnia aktualizacja 2013-10-18 20:32:43

Biegli z zakresu psychiatrii i psychologii mają wydać opinie, czy sędzia Grzegorz T. z Przemyśla, który w ub.r. został złapany na jeździe po pijanemu, był wtedy poczytalny.
Przed sądem dyscyplinarnym Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie rozpoczęła się rozprawa dyscyplinarna. Grzegorzowi T. grozi nawet wydalenie z zawodu. Jeden wyrok już usłyszał, w sprawie karnej. Sąd Rejonowy w Rzeszowie w marcu br. skazał go na 7 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata. Wyrok nie jest prawomocny. Adwokat sędziego T. złożył apelację, kwestionuje opinie biegłych, którzy orzekli, że Grzegorz T. w chwili kierowania autem po pijanemu był poczytalny.

Teraz taką opinię do rozprawy dyscyplinarnej mają wydać biegli z Krakowa z zakresu psychiatrii i psychologii. Roman Skrzypek, rzecznik Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie, mówi, że sędzia T. jednocześnie miał przyjmować leki i pić alkohol. Grzegorz T. mówił o tym na rozprawie dyscyplinarnej, a wcześniej na procesie karnym przed Sądem Rejonowym w Rzeszowie.

Terminu kolejnej rozprawy nie wyznaczono dopóki biegli nie wydadzą opinii.

Sędzia Grzegorz T. został zatrzymany na początku marca ub.r., gdy prowadził mercedesa na drodze z Lubaczowa do Jarosławia, między Lipiną a Wólką Zapałowską. Wcześniej policjanci dostali informację od anonimowej osoby, że kierowca mercedesa może być pijany. Gdy funkcjonariusze go zatrzymali, okazało się, że autem kierował przemyski sędzia. Grzegorz T. miał prawie 2,5 promila alkoholu w organizmie. Przełożeni zawiesili go w czynności służbowych.

Podczas procesu sędzia T. tłumaczył się, że od ponad 20 lat leczy się na "epizody depresyjne" i chorobę alkoholową. Twierdził, że wcześniej nie miał żadnych kłopotów, np. w pracy czy podczas kontroli drogowej.

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokurator uciekł w las przed...policją


Poniedziałek, 1 lipca (21:02)

Robert P., prokurator z Rzeszowa, był w samochodzie, który miał wypadek. Na widok policjantów uciekł w las, a po złapaniu odmówił badania alkomatem. Zasłonił się immunitetem prokuratorskim. Teraz jego przełożeni zdecydują, czy naruszył godność urzędu - podaje serwis rzeszow.nowiny24.pl.


Do Warszawy trafiły już akta sprawy Roberta P., śledczego z Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie, do 2007 r. szefa tej jednostki. Chcemy, żeby prokurator generalny zadecydował, która z prokuratur spoza apelacji rzeszowskiej będzie badać sprawę - mówi prok. Mariusz Chudzik z Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie. Nie chcemy, żeby pojawiły się jakiekolwiek wątpliwości co do bezstronności postępowania - uzasadnia.

Robert P. wraz z bratem jechali osobową hondą, która wpadła do rowu w okolicach Stykowa. Na miejsce przyjechali policjanci, na widok których prokurator uciekł w las. Mężczyzna szybko jednak został złapany, ale odmówił badania alkomatem i poprosił o pobranie krwi.


Prokurator nie został jeszcze przesłuchany. Nie wyjaśnił dlaczego uciekał przed policjantami, a na miejscu okazał tylko prokuratorski immunitet.

Policja wyjaśnia, kto kierował pojazdem. Robert P. nie został zawieszony.

rzeszow.nowiny24.pl.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokuratorzy niezależni nawet od rozumu

[KOMENTARZ]

Marek Bartosik


2013-07-12 10:08:36, aktualizacja: 2013-07-12 10:08:36

Andrzej Seremet, prokurator generalny, traci ostatnich obrońców. Dyskusja nad przyjęciem jego dorocznego sprawozdania,podobnie jak rok temu, staje się debatą nad tym, czy go odwołać ze stanowiska. Towarzyszy temu polityczna gra, ale też coraz więcej autentycznych społecznych emocji. A te wywołują już niemal codziennie swoimi decyzjami podwładni generalnego.
Przykład prokuratora Cezarego Kwiatkowskiego, który wypuścił sprawcę napaści, nie zatrzymując mu nawet paszportu, na starszego człowieka przy ul. Teligi w Krakowie, który zaraz po tym zmarł, jest niestety charakterystyczny dla prokuratury rządzonej już od trzech lat przez Seremeta.

Nie jest wcale jednostkowy, wyrwany z kontekstu. Podobnych decyzji kpiących ze społecznego poczucia sprawiedliwości jest niestety dużo więcej, a tylko te najbardziej spektakularne przedostają się do mediów.

Prokurator nie jest oczywiście od tego, by dogadzać społecznym emocjom, wsadzać ludzi do pudła, tylko dlatego, że publika tego chce.

Ale nie może również od tego abstrahować zupełnie, jak prok.
Kwiatkowski, którego do minimum stanowczości nie przekonał przejrzysty jak łza obraz zajścia przy ul. Teligi, zapisany przez kamery monitoringu (zobacz: Tragedia na ul. Teligi. Syn zmarłego: prokurator idzie na urlop). Podobnie jak prokurator z Białegostoku, który ostatnio uznał swastykę nie za symbol faszyzmu, a za talizman, albo ten z Limanowej, zajmujący się sprawą 13-latka, który popełnił zbrodnię złego ustawienia roweru na klatce schodowej (czytaj: Prokurator nęka dziecko, bo zostawiło rower na klatce schodowej). Zbyt wielu ludzi Seremeta swoją niezależność rozumie radykalnie. Nie czują się związani niczym, nawet zdrowym rozsądkiem.

Dorobek takich ludzi trudno przypisać Seremetowi. Odziedziczył on po politykach prokuraturę podzieloną na frakcje związane z kolejnymi szefami, zdemoralizowaną, z personelem nastawionym na trwanie w wygodnych warunkach, bez narażania się.

Tymczasem w 2010 r. Andrzej Seremet na stanowisku witany był z dużymi oczekiwaniami. Wtedy do startu w konkursie namawiały go krakowskie środowiska prawnicze. W nadziei, że szanowany tu powszechnie sędzia apelacyjny, który wiele razy wykazał się na sali rozpraw odwagą, potrafi wstrząsnąć prokuraturą. Jego niezależność od tego środowiska miała być atutem. Kiedy w następnych latach nadziei nie spełniał, krakowscy prawnicy bronili go, twierdząc, że ma związane ręce, zwłaszcza przez polityków, którzy tak zawęzili jego uprawnienia, że jest bezradny.

Problem Seremeta polega na tym, że nie potrafił obrazu prokuratury zmienić ani nawet udowodnić, że o to walczy. Zawsze defensywny, jakby niepewny swej pozycji, nie potrafił skorzystać z możliwości rozmawiania ze społeczeństwem ponad głowami polityków, walki z nimi o większe uprawnienia. Teraz zadeklarował, że jest gotów ustąpić ze stanowiska, jeśli to uzdrowi prokuraturę. Ale dodał, że nikt nie da takich gwarancji. Dla mnie te słowa oznaczają, że sam stracił nadzieje na zreformowanie tej instytucji. Jego trwanie na stanowisku gwarantuje, że prokuratura będzie dalej dryfowała. A niezależni od rozumu prokuratorzy będą dalej bezkarnie mordowali autorytet swojego szefa.

Czytaj też:

Prokurator nęka dziecko, bo zostawiło rower na klatce schodowej
Szef Prokuratury Apelacyjnej o tragedii na ul. Teligi: prokurator popełnił błąd [WIDEO]
Tragedia na ul. Teligi. Syn zmarłego: prokurator idzie na urlop

Gazeta Krakowska

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Nieszkodliwe molestowanie


Izabela Żbikowska, Opole

2010-03-30, ostatnia aktualizacja 2010-03-30 00:45:34.0

Opolski sąd umorzył sprawę kontaktów erotycznych 13-latki z dorosłym mężczyzną, bo uznał, że nie wywołały u niej traumy. - Świadomość polskich sądów w kwestiach molestowania dzieci jest zatrważająco niska - komentuje fundacja Kidprotect

22-letni Jakub K. poznał Magdę* na przełomie 2008 i 2009 r., oglądając jej profil na jednej ze stron internetowych, gdzie wpisała, że jest "całuśna, dzika i żądna przygód". Przez kilka dni rozmawiali przez Gadu-Gadu i się umówili.

Poszli na spacer, on prawił jej komplementy, potem zaczął całować i dotykać miejsc intymnych. W prokuraturze zeznała, że głaskał ją po udach i pośladkach - za jej przyzwoleniem.

Do następnego spotkania nie doszło, bo Magda już nie chciała. Przestrzegała też koleżanki, z którymi 22-latek chciał się umówić.

Jakiś czas później ojciec innej gimnazjalistki odkrył, że czatuje z dorosłym mężczyzną. Zgłosił sprawę na policję, która zatrzymała Jakuba K. Przyznał się do takich kontaktów z Magdą i innymi małoletnimi, ale odmówił podania ich nazwisk.

Prokuratura skierowała przeciw niemu akt oskarżenia o doprowadzenie małoletniej Magdę do poddania się "innej czynności seksualnej".

Sąd: Nie ma traumy, nie ma sprawy

Powołany przez sąd biegły psycholog stwierdził, że dziewczyna przeżytych doświadczeń nie odczytuje w kategoriach traumy.

- W jej zachowaniu występowały cechy charakterystyczne dla dojrzewającej nastolatki, dla której m.in. spotkanie ze starszym mężczyzną mogło być formą dowartościowania się, polepszenia obrazu siebie u koleżanek, wzbudzenia zazdrości - stwierdził biegły.

Psycholog szkolna, z którą Magda rozmawiała kilkakrotnie po ujawnieniu sprawy, opowiedziała przed sądem, że dziewczyna nie chciała być całowana i przytulana przez Jakuba K. - Miała z tego powodu poczucie winy, była smutna i przygnębiona. Z mojego doświadczenia wiem, że to był "niechciany dotyk" - podkreśliła.

Sąd uznał, że choć mężczyzna złamał prawo, to dziewczyna jest już na tyle dojrzała psychicznie i emocjonalnie, że trudno mówić o wykorzystaniu naiwnego dziecka. Poza tym sędzia podkreśliła, że zdarzenie miało miejsce w zimie, więc oskarżony dotykał ją przez ubranie.

Sąd umorzył postępowanie w październiku zeszłego roku ze względu na znikomą szkodliwość czynu. - Spotkanie z oskarżonym nie spowodowało żadnych następstw w sferze emocjonalnej i nie zakłóciło prawidłowego rozwoju pokrzywdzonej - uzasadniła sędzia Małgorzata Marciniak.

Co do zeznań psychologa szkolnego - to sąd podkreślił, że nie była w stanie ocenić, czy negatywne emocje dziewczyny są związane bezpośrednio ze spotkaniem z K., czy też z ujawnieniem sprawy w szkole.

Sąd powołał się też na zeznania matki dziewczyny, która nie zauważyła zmiany w zachowaniu córki i uznała, że wina za zdarzenie leży zarówno po stronie Magdy, jak i Jakuba K.

Prokuratura: Nie wolno i już

Prokuratura się odwołała od wyroku, bo sąd nie wyjaśnił rozbieżności między sprzecznymi opiniami dwóch psychologów. Zarzuciła też sądowi złą ocenę społecznej szkodliwości czynu.

- Zgoda na pocałunki i dotykanie wynikała z ciekawości i niedojrzałości dziewczyny, co w wykorzystał oskarżony - mówi prok. Krzysztof Oszek.

Zaznaczył, że Jakub K. znał wiek dziewczyny, a mimo to namawiał ją na spotkanie i prawił niestosowne do jej wieku komplementy. I że nie ma najmniejszego znaczenia, że dziewczyna dała przyzwolenie na pocałunki i przytulanie.

"Karany jest sam fakt obcowania płciowego z osobami poniżej 15. roku życia. Nie jest więc ważne z czyjej inicjatywy nastąpiły czynności seksualne. Oskarżony jako osoba dużo starsza powinien sam przerwać ten kontakt, nie zachęcać małoletniej do spotkania i nie dopuścić do jakiegokolwiek zbliżenia" - podkreślił prokurator.

Sąd Okręgowy w Opolu przed dwoma tygodniami apelację odrzucił.

Dla Gazety komentują:

Magdalena Ciołek, wiceprezes fundacji Kidprotect.pl

Ten wyrok pokazuje, że orzekający sędzia nie rozumie, czym jest molestowanie seksualne dziecka. Orzeka niską szkodliwość czynu, bo tej szkodliwości nie jest świadomy.

Często dzieci zachowują się tak, jakby nic się nie stało. To naturalna forma obrony psychicznej. Skutki molestowania są długofalowe i ujawniają się często po latach.

Ponadto przepisy mówią jasno: nie wolno wykorzystywać seksualnie dzieci! Myślę, że gdyby sprawa dotyczyła własnego dziecka, pani sędzia orzekłaby zupełnie inaczej. Zjawisko groomingu, czyli uwodzenia dzieci w internecie w celu ich wykorzystania seksualnego jest znanym problemem. Najskuteczniejszą ochroną jest edukowanie i tworzenie dobrych relacji. Jeśli rozmawiamy z dzieckiem, spędzamy wspólnie czas, tworzymy relację zaufania, dzięki której dziecko może się nam zwierzyć, jeśli je coś zaniepokoi, a i my rodzice wiemy wtedy więcej o tym, co nasze pociechy robią buszując w sieci.

Elżbieta Czyż, Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Ta sprawa nie jest jednoznaczna. Z jednej strony przepisy wyraźnie mówią, że każda czynności seksualna z osobą poniżej 15. roku życia jest zabroniona, a sąd uznał, że do takich czynności seksualnych doszło. Z drugiej - trudno skazać kogoś za całowanie i obejmowanie czy dotykanie przez ubranie.

Z pewnością jednak ta sprawa jest przestrogą dla rodziców, aby pamiętali o tym, by uczulać swoje dzieci na kontakty z osobami poznanymi w sieci.

not. żbik

Marian Filar, karnista

Nie ulega wątpliwości, że zachowanie 22-latka wypełniło znamiona czynu zabronionego, bo każde zachowanie seksualne względem osoby poniżej 15. roku życia jest przestępstwem. Sąd uznał jednak, że społeczna szkodliwość czynu w tym przypadku jest znikoma, że są w tym przypadku szczególne okoliczności łagodzące, które pozwoliły w ten sposób ocenić tę sytuacje. Teoretycznie takie zachowanie sądu jest możliwe. Jednakże nie wolno zapomnieć o istotnej różnicy wieku między 22-latkiem i 13-latką, gdyż dziewczyna, choć mogła być fizycznie dojrzała, to mentalnie z pewnością była jeszcze dzieckiem. Tymczasem 22-latek to już zdecydowanie młody mężczyzna. Poza tym najbardziej niepokoi mnie to, że 22-latek uczynił nawiązywanie znajomości przez internet sposobem na "figle" z młodymi dziewczynami i kilkakrotnie powtarzał zachowanie. Z tych dwóch względów mocno bym się zastanowił przed zdecydowaniem w tej sprawie o znikomej społecznej szkodliwości czynu.

*Imię dziewczynki zmienione

Izabela Żbikowska, Opole

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>



Sędzia: to nie wódka, tylko bolący ząb


Karol Adamaszek

2009-04-16, ostatnia aktualizacja 2009-04-16 15:37:31.0

Trwa postępowanie dyscyplinarne w sprawie sędzi z Krasnegostawu podejrzewanej o prowadzenie sprawy pod wpływem alkoholu. To nie pierwszy przypadek, kiedy sędzi zarzuca się pijaństwo - ustaliła "Gazeta"

Marta B. jest sędzią z ponad 20-letnim stażem. Orzeka w wydziale cywilnym i rodzinnym sądu rejonowego w Krasnymstawie. 6 lutego sądziła w 10 sprawach. Jednak po rozpatrzeniu kilku z nich niespodziewanie wyszła z sali rozpraw. Pracownicy sądu powiadomili o tym prezesa sądu Stefana Mysłowskiego. - Uznałem, że powodem takiego jej zachowania jest nietrzeźwość - opowiada sędzia Mysłowski. Marta B. zdecydowanie zaprzeczyła, że tego dnia była pijana w pracy. Przez prezesa sądu została natychmiast odsunięta od czynności służbowych. O sprawie poinformowano prezesa Sądu Okręgowego w Zamościu oraz sąd dyscyplinarny.

Niedługo potem sąd dyscyplinarny zawiesił sędzię B. w obowiązkach. Równolegle swoje postępowanie sprawdzające prowadzi rzecznik dyscyplinarny przy sądzie okręgowym. Nie zdecydował jeszcze o postawieniu sędzi jakichkolwiek zarzutów związanych z jej zachowaniem 6 lutego. Sędzia B. się jednak nie poddała. Przed Sądem Najwyższym walczyła o cofnięcie decyzji o zawieszeniu jej w obowiązkach. "Prezes sądu wie, że choruję na parodontozę i mam silne bóle zębów - dlatego niekiedy seplenię. Prezes pomylił woń alkoholu z wonią kosmetyków, których używałam" - napisała w uzasadnieniu odwołania. Sądu Najwyższego nie przekonała, a jej wyjaśnienia uznano za rażąco infantylne.

- Jestem zbulwersowana decyzją Sądu Najwyższego i jest mi bardzo przykro. Przerwałam orzekanie w kolejnych sprawach, gdyż wypadł mi ząb. Cierpię na parodontozę. Odczuwałam ból i krwawiłam. To olbrzymi dyskomfort, szczególnie dla kobiety - komentowała Marta B. dla "Dziennika Wschodniego".

Jak dowiedziała się "Gazeta" to nie pierwszy przypadek, gdy zachowanie kobiety budzi wątpliwości. Latem 2008 roku podejrzewano ją, że uczestniczyła w rozprawie pod wpływem alkoholu. Rzecznik dyscyplinarny prowadził w tej sprawie postępowanie sprawdzające, ale je umorzył. Jednak niedawno to postanowienie zostało uchylone i Marcie B. przedstawiono zarzuty. Czeka ją teraz sąd dyscyplinarny. Najwyższą karą jest wydalenie z zawodu.

Prezes Mysłowski potwierdza, że już wcześniej miał zastrzeżenia co do zachowania Marty B. - Wówczas myślałem, że to jednorazowy wybryk. Teraz czekam na prawomocne rozstrzygnięcie postępowania dyscyplinarnego - mówi sędzia Mysłowski.

Karol Adamaszek

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Sędzia sprzedała proces za wódkę i słodycze ?

Marcin Pietraszewski

2007-02-09, ostatnia aktualizacja 2007-02-09 19:47:48.0

Kolejna afera

w bielskim wymiarze sprawiedliwości.

Sędzia, w zamian za dwie butelki wódki i bombonierkę,

nie podjęła umorzonej sprawy,

a prokurator na prośbę syna lobbował w sądzie

na rzecz oskarżonych.

Prokuratura nie ma już wątpliwości,

że na Podbeskidziu działała grupa

złożona z sędziów i prokuratorów.

Jego członkowie w zamian za łapówki

mieli załatwiać korzystne wyroki lokalnym biznesmenom.

Kwoty wahały się od kilku do kilkudziesięciu tys. zł.

Skorumpowani śledczy

mieli akceptować wydawane przez sędziów

- korzystne dla oskarżonych - rozstrzygnięcia.

Czasami sami nawet o nie zabiegali.

Tak, żeby nikt nie mógł się od nich potem odwołać.



- W proceder jest zamieszanych co najmniej

dziesięciu sędziów i prokuratorów z Podbeskidzia

- mówił Jerzy Engelking,

zastępca prokuratora generalnego.


Wczoraj śledczy wysłali do sądów dyscyplinarnych wnioski o uchylenie immunitetów chroniących sędzię Aleksandrę Ś. z sądu rejonowego oraz prokuratora Romana J. z Prokuratury Rejonowej w Bielsku-Białej. Chcą im przedstawić zarzuty dotyczące korupcji, powoływania się na wpływy oraz wpływania na przebieg prowadzonych postępowań.Według informacji "Gazety" w 2002 r. sędzia Ś. w zamian za łapówkę miała zrezygnować z podjęcia warunkowo umorzonego postępowania. Dotyczyło ono oszusta podatkowego. Jego sprawa została umorzona pod warunkiem, że zwróci fiskusowi prawie 100 tys. zł. Mężczyzna tego jednak nie zrobił. W tej sytuacji jego proces powinien zostać wznowiony, a sąd powinien doprowadzić do skazania. Aleksandra Ś. nie podjęła jednak postępowania.- W zamian dostała dwie butelki alkoholu oraz bombonierkę o łącznej wartości 100 zł - ujawnił naczelnik wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej, która prowadzi postępowanie w sprawie korupcji na Podbeskidziu.Z kolei prokurator Roman J. na prośbę swojego syna miał lobbować w sądzie na rzecz jego znajomych, oskarżonych o przestępstwa gospodarcze. - Pan J. dopytywał sędziów o szczegóły postępowania, zdradził też oskarżonym, jakich kar będzie się dla nich domagał prokurator - mówił prokurator Jacek Zmysłowski. Syn prokuratora J. w zamian za wyświadczoną przez ojca przysługę domagał się od znajomych sfinansowania wczasów za 15 tys. zł. Do przekazania pieniędzy jednak nie doszło. Synowi J. przedstawiono zarzuty płatnej protekcji i powoływania się na wpływy w instytucjach wymiaru sprawiedliwości.Sędzi Aleksandry Ś. nie było wczoraj w pracy. - I nie wiadomo, kiedy wróci - powiedziano nam w bielskim sądzie. W prokuraturze nie pojawił się także Roman J., który został zawieszony w czynnościach służbowych. - Ja nie wiem dokładnie, o co w tym wszystkim chodzi, a zresztą nie jestem od udzielania informacji - stwierdził Ryszard Mojeścik, zastępca szefa Prokuratury Rejonowej w Bielsku.Komu już postawiono zarzuty? Wcześniej zarzuty w sprawie korupcji przedstawiono bielskiej prokurator Jolancie W. Jest ona podejrzana o powoływanie się na wpływy i złożenie obietnicy umorzenia postępowania w zamian za łapówkę. Według śledczych miała pośredniczyć w rozmowach z jednym z brokerów ubezpieczeniowych, który wyłudził od klienta 40 tys. zł. W., powołując się na wpływy w prokuraturze, miała mu obiecać umorzenie prowadzonego przeciwko niemu śledztwa w zamian za 3 tys. zł łapówki. Na zarzuty czeka także jej mąż - sędzia Grzegorz W. - któremu uchylono już chroniący go immunitet. Miał on przyjąć dwie łapówki (3 i 25 tys. zł) oraz brać udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Sąd dyscyplinarny nie wyraził jednak zgody na przedstawienie mu zarzutów kierowania gangiem.Według naszych informacji to nie koniec śledztwa. W najbliższych tygodniach prokuratura planuje bowiem złożyć wnioski o uchylenie immunitetu kolejnym bielskim prawnikom.

Marcin Pietraszewski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Znany wrocławski prokurator oskarżony o korupcję

Lubelska prokuratura oskarżyła o korupcję

znanego wrocławskiego prokuratora Zbigniew S.

Emerytowany śledczy

wydziału do zwalczania przestępczości zorganizowanej

we wrocławskiej prokuraturze apelacyjnej

został zatrzymany w sierpniu.

O tym, że może brać łapówki, policjanci dowiedzieli się

w jednym ze śledztw.

Zarzucono mu przyjęcie kilkudziesięciu tysięcy złotych łapówek.

W zamian miał udzielać informacji

w prowadzonych przez siebie dochodzeniach

i obiecywać podejrzanym korzystne decyzje.

W tej sprawie zarzuty postawiono także

trzem znanym wrocławskim adwokatom,

w tym Wojciechowi K. - byłemu dziekanowi

Okręgowej Rady Adwokackiej we Wrocławiu.


(pp)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

(IAR)

2008-01-02

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

CBŚ zatrzymało prokuratora podejrzanego o korupcję

2007-06-27 (14:10)

(IAR)

Policjanci z CBŚ zatrzymali prokuratora Stanisława O.

- dowiedziało się Polskie Radio Wrocław.

Mężczyzna jest podejrzewany o korupcję.


Jeszcze w środę w opolskiej prokuraturze

zostaną postawione mu zarzuty.

Na razie prowadzący śledztwo nie udzielają żadnych informacji

na ten temat.

Nie wiadomo, czy wystąpią o tymczasowe aresztowanie mężczyzny.

O tym, że Stanisław O. zostanie zatrzymany

wiadomo było od kilku dni kiedy uprawomocniła się decyzja

o uchyleniu mu immunitetu.

Prokurator będący już w stanie spoczynku

miał przyjmować łapówki m.in.

za ujawnienie danych świadków incognito,

wypuszczenie z aresztu dwóch mężczyzn podejrzanych o morderstwo,

miał też zlecić podpalenie samochodu jednego ze świadków.

Opolska prokuratura wszczęła śledztwo

po materiałach opublikowanych przez Polskie Radio Wrocław

i "Gazetę Wyborczą Wrocław".


(ak)

wp.pl

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Kara dla nieuczciwego sędziego

05 Cze 2007 r.

Sąd Rejonowy skazał Waldemara Z.
na więzienie w zawieszeniu.

Wyrok nie jest prawomocny.

Waldemar Z. cały czas jest pracownikiem

tego samego sądu,

wydziału nieprocesowego

(od trzech lat jest zawieszony w obowiązkach,

odbiera 70 proc. pensji).

Prokurator chciał dla niego trzech lat więzienia,

w zawieszeniu na pięć.

Sąd był łagodniejszy

- skazał go na osiem miesięcy więzienia

w zawieszeniu na półtora roku oraz 12 tys. zł grzywny.

To kara za dorabianie do pensji w prywatnej firmie

(czego sędziom robić nie wolno

bez powiadomienia przełożonych)

oraz


fałszowanie dokumentów

- Waldemar Z. brał paliwo "na firmę"

i podpisywał się nazwiskiem właściciela samochodu.

Sędzia już wcześniej trafiał na czołówki gazet.


Jego najgłośniejszym wyczynem

było pozwanie o odszkodowanie

za potłuczone auto rodziny człowieka,

który zginął pod kołami

prowadzonego przez niego volkswagena.

Sąd oddalił wówczas jego powództwo.


GW

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Polska - kraj w oparach szaleństwa .

Wziął 3 kg mięsa i 20 zł;

odpowie za korupcję


03 Cze 2007 r.

Zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych

postawiła policja lekarzowi rodzinnemu

z gminy Dołhobyczów (Lubelskie)

40-letniemu Arturowi G.,

który przyjął od pacjentów 20 zł i 3 kg mięsa.


Źródło: wprost 24

Lekarzowi grozi kara do 8 lat więzienia

- poinformowała Renata Laszczka-Rusek

z zespołu prasowego

komendanta wojewódzkiego policji w Lublinie.

Według ustaleń policji,

na początku kwietnia do Artura G.

przyszła 65-letnia kobieta,

która uskarżała się na silne bóle brzucha.

Chociaż ośrodek zdrowia był jeszcze zamknięty,

bo było wcześnie rano,

lekarz udzielił jej pomocy.

Jako dowód wdzięczności

przyjął od męża chorej 20 złotych.


Do tego samego lekarza o pomoc zgłosiła się matka 21-latka, który skręcił sobie rękę. Przychodząc do ośrodka zdrowia kobieta zabrała ze sobą 3 kg mięsa wieprzowego - ponieważ Artur G. nie był lekarzem rodzinnym jej syna. Doktor przyjął podarunek.Lekarz nie przyznał się do winy. "Tłumaczył, że pacjenci sami zostawiają mu w gabinecie prezenty, takie jak słodycze, owoce, warzywa" - powiedziała Laszczka-Rusek.Wkrótce sprawa lekarza z Dołhobyczowa zostanie przekazana do prokuratury.

pap, em

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Proces za cztery litery

d, u, p, a


wrób 2007-06-15, ostatnia aktualizacja 2007-06-14 20:23:24.0

Policję, dwie prokuratury,
a w końcu sąd zajmuje swoją urażoną godnością
prok. Grzegorz Talarek z Grójca.

Za pieniądze podatników
wspierają go inni prokuratorzy.



Ta niezwykła historia doczekała się już już nawet felietonów. Aparat państwa zajmuje się bowiem urazą swego funkcjonariusza z całą powagą, a chodzi tylko o cztery litery. Wczoraj przed warszawskim sądem rejonowym zaczął się proces b. naczelnego "Przekroju" Piotra Najsztuba i reportera Cezarego Łazarewicza. To oni - według prokuratora Talarka i prokuratury - winni są znieważenia śledczego z Grójca. Dziennikarzom grozi do roku więzienia, praca społeczna lub grzywna.A było tak. Przed paroma laty prok. Talarek za sprawą prowadzonych przez siebie śledztw stał się bohaterem - niezbyt pozytywnym i drugoplanowym - wielu tekstów, także "Gazety". Zasłynął m.in. z oskarżenia historyka sztuki Jacka Bochińskiego. Zatopionemu w książkach doktorowi nauk przypisał napad z bronią w ręku w przebraniu policjanta na szosie pod Grójcem. Sprawa skończyła się uniewinnieniem. Państwo zapłaciło już Bochińskiemu odszkodowanie za rok pobytu w areszcie, toczą się jeszcze śledztwa o to, kto podsunął prokuraturze fałszywe dowody w tej sprawie. - Prokurator został oszukany, jego problem polega na tym, że nie zrobił nic, żeby zweryfikować dowody, nie miał krzty sceptycyzmu, instynktu samozachowawczego, przeciwnie, żądał dla mnie 3,5 roku więzienia - mówił wczoraj przed salą sądową Bochiński.Historię dwóch śledztw Talarka opisał Łazarewicz. Ktoś w redakcji wpadł na pomysł, by tekst zatytułować "Prokurator poDUPAdły". Cztery litery w tytule zostały wyróżnione. Prokurator Talarek zareagował doniesieniem do prokuratury. - Nie raził go opis na dwie strony jego niekompetencji, ale tytuł, na który nikt chyba nie zwrócił uwagi - mówi Łazarewicz.Potem było już tylko śmieszniej. Sprawa o znieważenie funkcjonariusza publicznego toczyła się w prokuraturze pod nadzorem wyższych instancji i skończyła oskarżeniem. Okazało się, że słowo "podupadły" podzielić można na "podły" i "dupa". Oba prokurator uznał za znieważające i wysłał do sądu akt oskarżenia. Sąd "sine ira et studio" przyjrzał się sprawie i pół roku temu ją umorzył. Wziął pod uwagę wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że ściganie z oskarżenia publicznego, czyli przez prokuratora, za znieważenie funkcjonariusza publicznego w związku z "pełnieniem obowiązków służbowych" godzi w konstytucyjną gwarancję swobody wypowiedzi. Talarek i prokuratorzy znaleźli na to sposób. Prokuratora wycięła z oskarżenia słowa "w związku z pełnieniem obowiązków służbowych", sprawę zmieniła w oskarżenie prywatne, które objęła ściganiem (publicznym, angażującym w sprawę prokuraturę), powołując się na "interes społeczny". Jaki? Prokurator (nie przedstawił się) odpowiedział sądowi: - Znieważenie każdej osoby w środkach masowego komunikowania wymaga objęcia ściganiem tego przestępstwa, bo wymaga tego interes społeczny.Czyli masło maślane. Co o sprawie myśli główny zainteresowany, nie udało nam się dowiedzieć. Prok. Talarek wniósł o jej utajnienie i proces ruszył. Pięć godzin sąd przesłuchiwał wczoraj grafików, dyrektorów artystycznych, zastępcę naczelnego "Przekroju", językoznawcę z uniwersytetu. - Wszystko kręciło się wokół "dupy", jak od dwóch i pół roku - zdradza Łazarewicz. Kto wymyślił kalambur z "podupadłym", nie udało się na razie ustalić. Prokurator zażądał więc listy wszystkich dziennikarzy redakcji "Przekroju" z czasów, gdy powstało to słowo. Cztery litery zapełnią jeszcze wiele stron protokołów.

wrób

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Pijany prokurator staranował trzy samochody

Konrad Kornatowski

– Komendant Główny Policji :

Wczoraj we Wrocławiu policjanci ustalili,

że pijany prokurator staranował trzy samochody

i uciekł z miejsca kolizji.

Po kilku godzinach został zatrzymany.

Odpowie za to, co zrobił.


Środa, 14 lutego 2007

PAP

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokuratorzy ukrywali akta i gubili pieniądze

Marcin Pietraszewski

2007-01-28, ostatnia aktualizacja 2007-01-28 20:49:37.0

Co najmniej 60 osób uniknęło kary za popełnione przestępstwa,

bo prokuratorzy z Będzina ukrywali akta ich spraw.


Nie wiadomo też, co się stało się z wpłaconymi przez

podejrzanych kaucjami, które nie trafiły na konto sądu.


Sześć lat temu Tadeusz N. z Będzina otrzymał w banku kilkanaście tysięcy złotych kredytu. Nie spłacił ani jednej raty, bo pożyczkę dostał na podstawie sfałszowanych dokumentów. Będzińska prokuratura oskarżyła go o wyłudzenie. Grozi za to pięć lat więzienia. Mężczyzna do dzisiaj nie został jednak ukarany. Nie stanął nawet przed sądem. Jak to możliwe? Okazało się, że akta jego sprawy przez te wszystkie lata przeleżały schowane w prokuraturze w Będzinie. Odkryto je kilka tygodni temu, podczas kontroli przeprowadzonej na polecenie Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Wszczęto ją po tym, jak w Pszczynie w pokojach tamtejszych śledczych znaleziono akta ponad 200 spraw, które nigdy nie trafiły do sądu. Z informacji "Gazety" wynika, że w prokuraturze w Będzinie uprawiano podobny proceder.- Wiemy już, że co najmniej 60 prowadzonych tam postępowań nie znalazło finału przed sądem - potwierdza prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Nie chciał jednak mówić o szczegółach sprawy. - Kontrola jeszcze trwa - tłumaczył. Z naszych informacji wynika, że śledczy pisali akty oskarżenia przeciwko przestępcom, ale z powodu formalnych błędów sąd od razu zwracał je do uzupełnienia. Poprawkami już nikt nie zawracał sobie głowy. Dokumenty trafiały do szuflad lub kartonów i wynoszono je do piwnicy. Tam pokrywał je kurz.Taki sam los spotykał teczki zawierające dowody zebrane przeciwko podejrzanym i protokoły przesłuchań świadków. Przez lata kierownictwo będzińskiej prokuratury zapewniało przełożonych, że ukryte sprawy toczą się przed sądem. Część z nich dawno się jednak przedawniła. W takim wypadku winnych nie będzie już można skazać.- To było przestępstwo doskonałe, bo w rejestrach prokuratury te akta figurowały jako wysłane do sądu, a oskarżeni nie upominali się, że nie są skazywani - tłumaczy osoba znająca kulisy sprawy.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w trwający

aż dziesięć lat proceder zamieszanych było

co najmniej czterech prokuratorów oraz trzy sekretarki.


Dwaj śledczy zostali już zawieszeni w czynnościach służbowych.

Jeden z nich wpadł w depresję i kilkanaście

dni temu popełnił samobójstwo.


W najbliższych dniach zostanie wszczęte śledztwo w sprawie utrudniania przez nich postępowań karnych, niedopełnienia obowiązków i poświadczenia nieprawdy w dokumentach. W aferze w będzińskiej prokuraturze pojawił się także wątek finansowy.

Okazało się bowiem, że zaginęły pieniądze wpłacane

przez zatrzymanych przestępców jako kaucje.

Kontrolerzy odkryli, że nie przelano ich na konto sądu.

Jeszcze nie wiadomo, co się z nimi stało i o jaką kwotę w sumie chodzi. Na razie nie ma dowodów, że zostały skradzione, może w dalszym ciągu znajdują się na koncie prokuratury. - Pewność będziemy mieli po pełnej analizie dokumentacji finansowej, w której panował taki sam bałagan, jak w rejestrze spraw wysłanych do sądu - tłumaczy nasz informator.

Marcin Pietraszewski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA


_______________________________________________________


RZECZNIK PRAW OBYWATELSKICH
- Jan Kochanowski
- czyli układy, przekręty, niekompetencja,
brak odpowiedzialności.
Mamy tu mafijno - rodzinne układy
podobne jak w sądach i prokuraturach

- z cyklu patologie wymiaru

(nie)sprawiedliwości.


2007-06-02

Gazeta Polska

- Piotr Nisztor

- PRL u rzecznika.

Prokuratorzy wojskowi orzekający
w sprawach dotyczących opozycji
w czasach PRL i członkowie PZPR
dziś odpowiadają
za walkę o prawa obywatelskie w Polsce


Nowego rzecznika praw obywatelskich dr. Janusza Kochanowskiego czeka bardzo trudne zadanie: musi rozbić chore układy panujące w tej instytucji od ponad 15 lat. Według naszych informatorów, w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich panuje atmosfera terroru.
– Stosuje się tutaj esbeckie metody, wszyscy donoszą na wszystkich – mówi jeden z nich. – Sekretarki pracujące w poszczególnych zespołach są zatrudniane nie przez ich szefów, ale przez dyrektora biura. Dyrektor biura ma więc w każdym zespole swoich oddanych ludzi – dodaje. Podobnie jest z awansami. – Szanse na awans mają tylko ci, którzy są bezpieczni i oddani jak psy – twierdzi. Nad prawidłowym działaniem systemu czuwa kilku „przywódców”, bez których wiedzy i aprobaty nie podejmie się żadnej decyzji. Kolejni rzecznicy praw obywatelskich nie potrafili lub nie chcieli rozbić starych układów. Doprowadzili do sytuacji, w której działanie instytucji mającej bronić obywateli od wielu lat opiera się na relacjach towarzyskich, nepotyzmie i strachu.

Wnioski poszkodowanych Polaków
rozpatrują ci, którzy przed 1989 r.
z wielką gorliwością
służyli komunistycznemu ustrojowi
i walczyli z opozycją.


Asystent Urbana

Dyrektorem Biura
Rzecznika Praw Obywatelskich
jest od wielu lat Urszula Szkodzińska
– była aktywistka PZPR.


Do instytucji trafiła w 1988 r., a od początku lat 90. pełni funkcję dyrektora biura. Dzięki mężowi, który pracował w kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, potrafiła załatwić wiele spraw. Obok niej do „grupy trzymającej władzę” należą: Irena Koniuszewska (główny księgowy) i Barbara Turzańska (naczelnik Samodzielnego Wydziału Spraw Osobowych i Wynagrodzeń). – To one decydują, kto będzie zatrudniony w biurze. Bez ich wiedzy nic nie może się wydarzyć. Jeśli dr Kochanowski chce rozbić układ, musi zacząć od wymiany rządzącej trójki –– mówi nasz informator. W rozmowie z „GP” dyrektor Szkodzińska zaprzecza, jakoby tak się działo. – Wszystkie decyzje podejmuje rzecznik praw obywatelskich, on decyduje o tym, kogo się zatrudnia, nie ja – przyznaje.

Mimo to podwładnymi Szkodzińskiej
w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich
jest siostra i szwagierka.

– Nie zatrudniałam ich.
Byłam wtedy szeregowym pracownikiem.

Nie miałam takich możliwości –zarzeka się.


Według osób, z którymi rozmawialiśmy, relacje panujące w biurze oparte są na znajomościach. – Wielu pracowników biura ma w jednej z podwarszawskich miejscowości sąsiadujące ze sobą działki. Tam właśnie na wspólnych spotkaniach konsolidują swoją znajomość – tłumaczy anonimowo jeden z pracowników biura. – Nie bywam na spotkaniach organizowanych na działkach przez moich pracowników – twierdzi Szkodzińska. Sprawy układów panujących w instytucji nie chce też komentować Stanisław Wileński, rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Obywatelskich – Nie chciałbym rozstrzygać, czy u rzecznika praw obywatelskich panują znajomości i nepotyzm, czy nie – dodaje.

Sam Wileński
ma bardzo kontrowersyjną przeszłość.


Od 1 lipca 1984 r. do 2 września 1985 r.
bardzo blisko współpracował z ówczesnym


rzecznikiem rządu Jerzym Urbanem.

Do biura rzecznika ściągnął go
trzynaście lat temu prof. Tadeusz Zieliński.

Dyrektorem Zespołu Zabezpieczenia Społecznego jest Lesław Nowacki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. Mocno z lewicą związany jest także dr Andrzej Malanowski, dyrektor Zespołu Prawa Konstytucyjnego i Międzynarodowego, były działacz Polskiej Partii Socjalistycznej. Oprócz pracy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich jest również zatrudniony na etacie w Wyższej Szkole im. Pawła Włodkowica w Płocku. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że nie otrzymał z Instytutu Pamięci Narodowej statusu pokrzywdzonego. Niestety nie udało nam się uzyskać komentarza w tej sprawie, ponieważ dyrektor jest obecnie na zwolnieniu lekarskim.

Zespołem Prawa Gospodarczego,
Danin Publicznych i Ochrony Praw Konsumenta
kieruje 80-letni emerytowany policjant,
były członek PZPR dr Ryszard Zelwiański.


W Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich pracuje od początku istnienia urzędu. Ściągnęła go tam w 1987 r. prof. Ewa Łętowska. W rozmowie z „GP” przyznał, że za trzy miesiące odchodzi na emeryturę i jest dumny ze swej pracy.

Zespołem Administracji Publicznej,
Zdrowia i Ochrony Praw Cudzoziemców
kieruje natomiast były wojskowy
Tomasz Gellert.

Absolwent Wojskowej Akademii Politycznej,
pracownik Głównego Zarządu Politycznego
Wojska Polskiego.


– Byłem tam odpowiedzialny m.in. za walkę z falą w wojsku – powiedział „GP”. Dowiedzieliśmy się jednak, że w PRL do zadań obecnego dyrektora należało również dbanie o poprawność polityczną
w wojsku.

Prokuratorzy wojskowi w akcji

Zastępcą rzecznika praw obywatelskich
jest dr hab. Jerzy Świątkiewicz,
wcześniej prokurator Prokuratury Generalnej PRL.


W Zespole Prawa Karnego
pracuje natomiast
wielu prokuratorów wojskowych
orzekających w procesach politycznych
w okresie PRL.

Wśród nich znajdują się m.in.
Karol Koch,
Krzysztof Marczuk,
Jan Malinowski,
Sławomir Kaźmierczak,
Józef Medyk.
Ten ostatni będąc w stopniu kapitana
sądził członków opozycji
podczas stanu wojennego,
później przeniesiono go
do Najwyższego Sądu Wojskowego
w Warszawie.


– To nie był awans, tylko odsunięcie od sądzenia za przeciwstawianie się odgórnym decyzjom. Pracowałem w komórce nadzoru pozainstancyjnego i rozpatrywałem wnioski o rewizję nadzwyczajną. Dziś nazywa się to kasacją – mówi „GP”. Obecnie jest sędzią w stanie spoczynku, pełni również funkcję komisarza wyborczego w stolicy. W Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich pracuje na podstawie umowy o dzieło od 2002 r.

Na umowę zlecenia w Zespole Prawa Karnego jest też zatrudniony Jacek Rzeszutek, radca prawny Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego za rządów SLD. Natomiast pracami zespołu kieruje Marek Łukaszuk syn prof. Leonarda Łukaszuka, sędziego i wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego w latach 1985-1993, pracownika m.in. Akademii Obrony Narodowej. Jego brat Tomasz Łukaszuk jest ambasadorem RP w Indonezji.

Zespół złożony z prokuratorów służących poprzedniemu reżimowi odpowiedzialny jest za „zagadnienia prawa karnego i postępowania karnego, sprawy dotyczące orzecznictwa sądowego w sprawach karnych, w tym wnioski o wniesienie kasacji, sprawy przedterminowego warunkowego zwolnienia i zarządzenia wykonania kary warunkowo zawieszonej, skargi na przewlekłość postępowania przygotowawczego i sądowego, a zwłaszcza na długotrwałość tymczasowego aresztowania, sprawy dotyczące działalności prokuratury, organów Policji i innych służb bezpieczeństwa publicznego oraz ochrony praw ofiar przestępstw”.

Układ do rozbicia

Układy, które przetrwały do dziś, zaczęły się kształtować na przełomie lat 1987-1988. Stały się one tak silne, że przez ponad 15 lat nikt nie potrafił lub nie chciał ich rozbijać. Wszyscy pracownicy BROP przyznają, że nie ma mowy o żadnych układach ani znajomościach. Tymczasem nasi rozmówcy mówią coś zupełnie innego. O panujące układy zapytaliśmy dyrektora Gellerta. – Nie jestem od układów, ale od pracy – stwierdził. Inny z dyrektorów, który zastrzegł sobie anonimowość, stwierdził podobnie. – Nawet gdybym wiedział o takich układach i tak bym nie powiedział – przyznał. Janusz Kochanowski obowiązki rzecznika praw obywatelskich obejmie 15 lutego. Wcześniej nie chciał komentować składu personalnego BRPO. – Jeśli nie da się omotać, pewno zrobi coś dobrego dla obywateli – mówi nasz informator. Czy uda mu się ta sztuka?
Bardzo duże kompetencjeRzecznik Praw Obywatelskich ma w Polsce bardzo duże kompetencje. Do podstawowych jego zadań należy strzeżenie praw człowieka i obywatela określonych w Konstytucji RP i innych przepisach prawa. W razie stwierdzenia takiego naruszenia rzecznik może podjąć następujące działania:·

wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności ustawy z Konstytucją i ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi;·

wystąpić do właściwych organów z wnioskiem o podjęcie inicjatywy ustawodawczej lub wydanie albo zmianę aktu prawnego niższego rzędu;·
wnieść kasację w sprawie karnej do Sądu Najwyższego;·

zażądać wszczęcia postępowania w sprawie cywilnej, a także wziąć udział w każdym toczącym się już postępowaniu cywilnym;·

żądać wszczęcia postępowania administracyjnego, brać udział w postępowaniu administracyjnym na prawach przysługujących prokuratorowi i wnieść skargę do sądu administracyjnego na akty i czynności organu administracji publicznej oraz wnieść skargę kasacyjną od orzeczenia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego do Naczelnego Sądu Administracyjnego;·

zażądać wszczęcia przez uprawnionego oskarżyciela postępowania przygotowawczego w sprawie karnej o przestępstwo ścigane z urzędu;·
wystąpić z wnioskiem o ukaranie za wykroczenie, a także uchylenie przez sąd prawomocnego orzeczenia w sprawie o wykroczenie;·

wystąpić do sądu o stwierdzenie nieważności orzeczenia wydanego przez organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości lub organów pozasądowych w sprawach osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego.

Rzecznik przy załatwianiu spraw nie jest zobowiązany żadnym terminem, a w razie odmowy podjęcia przez niego czynności nie przysługuje odwołanie. W realizacji zadań rzecznikowi pomagają zastępcy i pracownicy biura pracujący w określonych zespołach. Budżet rzecznika jest ustalany i głosowany przez Sejm oddzielnie od wszystkich innych instytucji państwowych. Wynosił on kolejno 22 887 tys. zł (2003 r.), 25 625 tys. zł (2004 r.), 27 326 tys. zł (2005 r.). Obecnie w biurze warszawskim i dwóch oddziałach terenowych pracuje ponad 250 osób. Do tej pory w BRPO znajduje się tzw. hala maszyn, gdzie zatrudnione są na etacie trzy osoby, które przepisują na komputerze pisma. – Niektórzy pracownicy biura mają problemy z pisaniem na komputerze lub robią to zbyt wolno – mówi jeden z naszych informatorów. Zdaniem Szkodzińskiej hala maszyn jest potrzebna. – Mamy bardzo dużo korespondencji wychodzącej. Nie wszyscy są biegli w tej materii lub nie mają czasu na formatowanie tekstu. Część nie może przesiadywać długo przed komputerem ze względów zdrowotnych, bo np. nie dowidzi – tłumaczy dyrektor biura.

za Gazeta Polska - Piotr Nisztor

/07.02.2006

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Uchylono immunitet sędziemu,
który miał prowadzić po pijanemu .


Sąd dyscyplinarny przy Sądzie Apelacyjnym w Krakowie uchylił immunitet sędziemu Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu Zbigniewowi J., który miał prowadzić samochód w stanie nietrzeźwym - poinformował rzecznik krakowskiego sądu Jan Kremer. Kremer powiedział, że sąd podjął uchwałę zezwalającą prokuraturze na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sędziego Zbigniewa J. za prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym i zawiesił go w wykonywaniu obowiązków służbowych. Decyzja sądu nie jest prawomocna. J. może się od niej odwołać do Sądu Najwyższego. Uciekający samochód O uchylenie sędziemu immunitetu wnioskowała w lutym br. Prokuratura Rejonowa dla miasta Rzeszów, która prowadzi śledztwo w sprawie kierowania autem przez nietrzeźwego sędziego. Podstawą wniosku były m.in. opinie biegłych i zeznania policjantów. Uchylenie immunitetu umożliwi rzeszowskiej prokuraturze przedstawienie Zbigniewowi J. zarzutu w tej sprawie. Nastąpi to najprawdopodobniej w ciągu najbliższych dni. Sędzia został zatrzymany przez policję w połowie grudnia ubiegłego roku w miejscowości Jeziórko, na drodze między Tarnobrzegiem a Stalową Wolą. Policja otrzymała sygnał, że kierowca jednego z samochodów stwarza niebezpieczeństwo w ruchu. Gdy policjanci usiłowali zatrzymać jadące z prędkością ok. 150 km/h auto, kierowca przyspieszył. Udało się go zatrzymać, gdy pojazd wpadł do rowu. Ponieważ J. odmówił badania za pomocą alkomatu, pobrano od niego krew, aby sprawdzić zawartość alkoholu. Badanie wykazało 2,36 promila alkoholu. Kierowanie samochodem w stanie nietrzeźwości zagrożone jest karą do dwóch lat pozbawienia wolności. Sędziemu grożą też konsekwencje dyscyplinarne - do wydalenia z zawodu włącznie.

Kradzież kiełbasy
Dzień wcześniej Zbigniew J.
stał się też "bohaterem" skandalu z kradzieżą kiełbasy.
Pracownik jednego z marketów w Stalowej Woli
zatrzymał sędziego w chwili,
gdy ten chował w rękawie kiełbasę,
za którą nie zapłacił.

Zbigniew J. oddał towar.


Wezwani na miejsce policjanci spisali notatkę służbową, przesłuchali ochroniarza i powiadomili o wykroczeniu zwierzchnika sędziego. Sędzia J. będzie odpowiadał za jazdę w stanie nietrzeźwości już po raz drugi. W sierpniu 2005 r. kompletnie pijanego J. zatrzymała policja w Chełmie. W wydychanym powietrzu miał 2,3 promila alkoholu. Sędzia został wówczas zawieszony w obowiązkach służbowych.

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

(PAP)

2007-05-09

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Kadry UBekistanu :

http://www.sw.org.pl/lista.html

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Czy prezes wrocławskiego sądu apelacyjnego straci immunitet?

Marcin Rybak

2007-02-05, ostatnia aktualizacja 2007-02-05 21:08:28.0

Prokuratura twierdzi, że sędzia Marian Gruszczyński przez dziesięć lat jeździł kradzionym mercedesem, którego dostał w prezencie od przestępców.

Wczoraj do Sądu Najwyższego trafił wniosek o uchylenie jego immunitetu.

Sprawę od prawie roku bada poznańska prokuratura apelacyjna. Jej śledczy przesłuchali sędziego jeszcze w kwietniu ub. roku, ale w charakterze świadka. Teraz twierdzą, że zebrali na tyle mocny materiał dowodowy, że mogą mu postawić zarzuty. Dlatego wystąpili o uchylenie immunitetu. Nie zdradzają, jakie mają dowody.

Na razie wiadomo tylko tyle, że badanie mercedesa przez policyjnych specjalistów ustaliło, iż przebito w nim numery.

A gdy udało się odtworzyć te prawdziwe, okazało się, że należą do skradzionego samochodu.

Wiadomo też, że podczas kwietniowego przesłuchania sędzia nieprawdziwie zeznał, że kupił samochód na giełdzie od przypadkowo poznanego mężczyzny.

Podał nawet jego rysopis.

W rzeczywistości mercedesa kupił od znajomego Zbigniewa B., który od 19 stycznia siedzi w poznańskim areszcie podejrzany o wręczenie łapówki.

Prokuratorzy twierdzą jednak, że dokumenty poświadczające transakcję są sfałszowane.


Sędziego mógł też obciążyć skruszony przestępca Dariusz S., który uczestniczył w przerabianiu kradzionego mercedesa. Z prezesem sądu apelacyjnego rozmawialiśmy jeszcze w kwietniu 2006 roku, kilka dni po przesłuchaniu. Twierdził kategorycznie, że za samochód zapłacił. Przyznał jednak, że relacjonując śledczym okoliczności zawarcia transakcji, nie powiedział prawdy. Tłumaczył to zdenerwowaniem i tym, że zapomniał, jak z kupnem auta było naprawdę. Wczoraj nie chciał sprawy komentować. Rzecznik sądu apelacyjnego Witold Franckiewicz przekazał nam jedynie informację, że sędzia nie będzie się wypowiadał aż do zakończenia śledztwa. Sędzia Gruszczyński jest bardzo szanowany w środowisku prawniczym. Zasłynął m.in. tym, że na początku stanu wojennego zrezygnował z pracy w sądzie wojskowym, bo nie chciał sądzić w procesach politycznych. Niedługo miał przejść na emeryturę. Sąd rozstrzygnie, czy obciążające go dowody są wystarczające, żeby uchylić mu immunitet. Jeżeli uzna, że tak, to prokuratura będzie mogła przedstawić sędziemu zarzuty, a potem oskarżyć go o przestępstwo. Słuchaj też w Polskim Radiu Wrocław

Marcin Rybak

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Ujawnił przestępstwo, stał się podejrzanym

Jarosław Sidorowicz, Szymon Jadczak

2007-01-30, ostatnia aktualizacja 2007-01-30 22:03:41.0

Weterynarz spod Tarnowa pomógł w schwytaniu handlarza sprzedającego padlinę do podsądeckiej rzeźni.

W "nagrodę" prokuratura zarzuciła mu przyjęcie 400 zł łapówek od... tegoż handlarza.

- Nie chciałem siedzieć cicho, bo nie mogę obojętnie przejść obok zła.

Potraktowano mnie więc jak przestępcę - stwierdza z żalem Jan Sobieraj, weterynarz z podtarnowskiego Gromnika.

To dzięki jego pomocy policja wpadła na trop afery ze sprzedażą padliny do rzeźni pod Nowym Sączem.

Ze śledztwa wynika, że do zakładu w Żeleźnikowej, a później do sklepów w Polsce, Hiszpanii i Włoszech mogło trafić mięso co najmniej 12 zdechłych krów.

Jednak oprócz handlarza padliną, właściciela rzeźni i dwóch pracujących u niego weterynarzy prokuratura postawiła zarzuty także panu Janowi.

Sobieraj został również zawieszony w prawach lekarza weterynarii.


Gra operacyjna Sygnały o handlarzach skupujących padlinę i upłynniających ją w okolicznych ubojniach docierały do tarnowskiej policji już dwa lata temu. Mechanizm był prosty - zamiast płacić za utylizację lub leczenie ciężko chorych zwierząt, chłopi dzwonili po zaufanego handlarza, który płacił od ręki ok. 300 zł za sztukę. Jednak oprócz ogólnych informacji śledczy nie dysponowali żadnymi szczegółowymi informacjami. - Krowy zaczęły znikać z systemu Identyfikacji i Rejestracji Zwierząt [zawiera informacje o każdej sztuce bydła w krajach UE - przyp. red.]. Tylko w ubiegłym roku ponad 20 takich przypadków przekazaliśmy do wyjaśnienia organom ścigania - mówi Jan Grudnik, powiatowy lekarz weterynarii z Tarnowa. Przełom w śledztwie nastąpił wiosną 2006 r., gdy z policją skontaktował się Jan Sobieraj, weterynarz z podtarnowskiego Gromnika. Mężczyzna podejrzewał, że za wspomnianym procederem stoi Adam K., rolnik z pobliskiej miejscowości. Policjanci postanowili wspólnie z Sobierajem przygotować zasadzkę na handlarza padliną. - Gdy zostałem wezwany do chorej krowy, skontaktowałem się funkcjonariuszami. W uzgodnieniu z nimi podjąłem grę operacyjną. Miałem przeciągnąć sprawę i zasygnalizować, że mogą być problemy z utylizacją. Rolnik sam zadzwonił po Adama K. - opowiada Sobieraj.Policjanci śledzili handlarza, ale wtedy nie udało im się ustalić, gdzie trafia trefne mięso. Dopiero za trzecim razem akcja zakończyła się sukcesem. Adam K. został zatrzymany, gdy z padłą krową wjechał na teren rzeźni w Żeleźnikowej. Do policyjnej izby zatrzymań trafił również Antoni S., właściciel zakładu.Handlarz obciąża lekarza Handlarz nie trafił do aresztu. Według naszych informacji wniosku policji nie poparła prokuratura. - K. zaraz po wyjściu na wolność objechał powiat i zastraszył rolników, którzy mieli zeznawać w śledztwie. W ciągu jednego dnia załatwił całe postępowanie - zżyma się osoba znająca kulisy śledztwa. - Wiem, że K. odgrażał się, iż znajdzie na mnie sposób - mówi Jan Sobieraj.Dwa tygodnie temu w domu weterynarza zjawiła się policja z nakazem stawienia się w tarnowskiej komendzie. - Byłem zszokowany, nie wiedziałem, co się dzieje - mówi Sobieraj. Rano stawił się na policji. Przewieziono go do prokuratora. Usłyszał, że od Adama K. wziął 400 zł (dwa razy po 100 zł i raz 200 zł) za wskazanie padłych krów. Co ciekawe, chodziło o przypadki, w których weterynarz... współpracował z policją! Jeszcze tego samego dnia skonfrontowano go z Adamem K. Według naszych informacji to właśnie zeznania handlarza są głównym dowodem przeciwko Sobierajowi. Zastanawiające jest jednak, że podejrzany nie potrafił wskazać nawet konkretnej daty, kiedy miał wręczyć pieniądze weterynarzowi, ani innych charakterystycznych okoliczności.W winę lekarza nie wierzy powiatowy weterynarz w Tarnowie. - W najczarniejszych snach nie potrafię sobie wyobrazić, żeby pan Sobieraj brał łapówki - kręci głową Jan Grudnik. Jan Sobieraj złożył do sądu zażalenie na zatrzymanie i zastosowane sankcje (5 tys. zł poręczenia, zakaz opuszczania kraju i wykonywania zawodu). - Sprawa jest w toku. Weryfikujemy wersję lekarza, cały czas konfrontujemy zebrany materiał dowodowy - lakonicznie poinformowała nas wczoraj Bożena Owsiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.

Jarosław Sidorowicz, Szymon Jadczak

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

PAP, MFi /01:07

Kompromitacja sądów - giną ważne dokumenty

"Gazeta Prawna":

W polskich sądach i prokuraturach

ginie rocznie ponad 300 tomów akt.

Część z nich zostaje zagubiona wskutek

zwykłego bałaganu lub przez niefrasobliwość sędziów.

Istnieją również uzasadnione podejrzenia,

że wiele sądowych dokumentów znika na zamówienie

lub jest świadomie niszczonych - pisze "Gazeta Prawna".


Mimo że procent zaginionych akt w stosunku do ponad 8 mln spraw, które przewijają się przez sądowe sekretariaty, nie jest duży, to zaginięcie choćby jednej strony wydaje się czymś skandalicznym. Ministerstwo Sprawiedliwości, które boryka się z tym problemem od lat, nie znajduje prostej recepty na jego rozwiązanie. Mimo rozpoczętego jeszcze w 2003 roku monitoringu wpadek z aktami, liczba zaginięć kształtuje się ciągle na podobnym poziomie.

- Każdy taki przypadek jest kompromitacją dla wymiaru sprawiedliwości, gdyż sądy powinny być ostatnim miejscem, gdzie mogłoby się to zdarzyć. Poza tym każde utracone akta to przecież utrata oryginalnych dokumentów, protokołów zeznań i wyjaśnień, których odtworzenie nie zawsze jest możliwe - mówi Andrzej Kryże.

W ten sposób zaginione dokumenty skutecznie blokują prowadzenie śledztwa w sprawach karnych, ale również sprawy gospodarcze. Tak było dwa lata temu w przypadku Złotych Tarasów - warszawskiej inwestycji firmy ING Real Estate - kiedy to wojewódzki sąd administracyjny przyznał się do zgubienia bardzo ważnych dokumentów dotyczących przedsięwzięcia.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Sędzia w czwartek kradł kiełbasę, w piątek jeździł pijany

18 Gru 2006 r.

Tarnobrzeska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie sędziego Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu (Podkarpackie) Zbigniewa J., który w piątek nietrzeźwy prowadził samochód - poinformował rzecznik tamtejszej prokuratury okręgowej Edward Podsiadły. Kilka dni wcześniej - w czwartek - sędzia został przyłapany na kradzieży kiełbasy z marketu w Stalowej Woli.

Źródło: wp.pl [1]

Sędzia został zatrzymany przez policję w piątek rano w miejscowości Jeziórko, na drodze między Tarnobrzegiem a Stalową Wolą.

Rzecznik podkarpackiej policji kom. Mariusz Skiba powiedział, że policjanci otrzymali w piątek rano sygnał, że drogą jedzie samochód, który stwarza niebezpieczeństwo dla ruchu. Policja zaczęła jechać za nim i usiłowała go zatrzymać, jednak kierowca przyspieszył, a następnie wpadł do rowu. Odmówił też badania alkomatem, więc pobrano od niego krew, aby sprawdzić zawartość alkoholu - mówił Skiba.

Rzecznik prokuratury dodał, że prokuratura zwróciła się do Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie o niezwłoczne przeprowadzenie badań, ale nie otrzymała jeszcze wyników.

Sędziemu grożą za jazdę


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paweł dnia Nie 3:19, 20 Paź 2013, w całości zmieniany 32 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paweł




Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 1145
Przeczytał: 3 tematy


PostWysłany: Sob 23:13, 17 Mar 2007    Temat postu: Pies pani prokurator z immunitetem

PODRÓŻE PROKURATORA:


Józef Giemza, krakowski prokurator apelacyjny,

dojeżdża do pracy z Kielc

służbowym samochodem z kierowcą;

cotygodniowe podróże

mogą kosztować budżet państwa

nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.


Dziennik Polski

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Sędziowie na tropie prokuratorów

Bogdan Wróblewski

2007-10-23, ostatnia aktualizacja 2007-10-23 09:36:54.0

Czy będzie pierwsze śledztwo obnażające metody prokuratury

za rządów PiS?

Wczoraj przed Sądem Najwyższym ostrołęccy sędziowie

zarzucili policji i prokuraturze, że walcząc z korupcją,

posunęły się do:

fałszowania i zatajania dokumentów,

celowego manipulowania dowodami,

inwigilowania sędziów

i "przekroczenia granic porozumienia

między przestępcami a organami ścigania".

Bo wczoraj Sąd Najwyższy zajmował się immunitetem sędziego Ryszarda W. z Ostrołęki. I ostatecznie uznał, że nie ma powodu, by go uchylać.Prokuratura chciała W. postawić zarzut przyjęcia 5 tys. zł łapówki za zawieszenie wykonania kary skazanemu w 2003 r. Pawłowi L. Według prokuratury pieniądze potrzebne sędziemu były na naprawę kupionej wtedy, używanej toyoty corolli. W rzeczywistości sędzia kupił samochód kilka miesięcy wcześniej. Sprzedał stary, na koncie miał oszczędności dwukrotnie przekraczające zarobki i kwotę rzekomej łapówki.Śledztwo opiera się na pomówieniach notorycznej oszustki Bożeny B. (trzy wyroki, czwarta sprawa w sądzie), jej konkubenta (przedstawiał się w śledztwie jako wróżbita). To Bożena B. krzyczała do skazujących ją sędziów: "Ja tego tak nie zostawię, zobaczycie jeszcze!". Napisała do policji anonim, podając się za pracownika sądu, wskazując na Marię K., kierowniczkę jednego z sekretariatów i sędziów, rzekomych łapówkarzy. Tak się zaczęło.W śledztwie o łapówce mówią też Paweł L., któremu sędzia W. utrzymał czteroletni wyrok w II instancji, i jego żona. - Stanęliśmy do nierównej walki z siłami policyjno-prokuratorsko-okultystycznymi - komentowała wczoraj sędzia Marzena Piekarska-Drążek broniąca W. przed uchyleniem immunitetu.Po ponad roku od anonimu śledztwo określane mianem "ostrołęckiej ośmiornicy" skończyło się ośmioma aktami oskarżenia przeciwko ok. 30 osobom - głównie tym, co dawali pieniądze oszustce Bożenie B.Prokuratura chciała oskarżyć też dwoje sędziów - Ryszarda W. i Barbarę S. Sprawa uchylenia immunitetu sędzi Barbary S. (26 lat w ostrołęckim sądzie, w tym na stanowisku prezesa) toczy się od półtora roku. Ją też obciąża oszustka. Gdy Barbara S. stawała przed SN, obecny na rozprawie prof. Andrzej Rzepliński z Fundacji Helsińskiej mówił, że "prokurator w ogóle nie powinien występować z tą sprawą". Sąd dyscyplinarny I instancji odmówił pociągnięcia sędzi B. do odpowiedzialności karnej. Prokuratura ma jeszcze szansę na zażalenie.W I instancji immunitetu nie stracił też sędzia Ryszard W. A wczoraj prokurator przegrał w Sądzie Najwyższym zażalenie. Dopiero tu obrońcy sędziego poznali dowody jego rzekomej winy. I zdębieli.Zdaniem ostrołęckich sędziów policjanci pracujący nad sprawą posunęli się do sfałszowania opinii kryminalistycznej, a prokurator to zatwierdził i użył w śledztwie. Bo jednym z dowodów jest kaseta z prywatnej rozmowy Barbary B. z kierowniczką sekretariatu. Nagranie spisał biegły ekspert, ale prowadzący śledztwo policjant spisał je na nowo i tam, gdzie biegły niesłyszalne fragmenty wykropkował, wpisał "nazwiska adwokatów, prokuratorów, sędziów". Tak spreparowany protokół - pisze sędzia Ryszard W. do SN - "uznany został za jeden z filarów oskarżenia".Dalej wymienia:

• celowe manipulowanie dowodami

(bo prokuratura pominęła świadczące o jego niewinności dokumenty

dotyczące toyoty);

• powoływanie się na nieistniejące dowody (m.in. karty w aktach,

których nie znaleźli sędziowie SN);

• wieloletnie inwigilowanie sędziów (o czym świadczyć mają

policyjne notatki).

- W okresie ostatnich dwóch lat nie zorientowaliśmy się,

że każdy z nas ma swojego oficera prowadzącego

i powinniśmy na komendę biec, aby meldować,

jaki jest wynik posiedzeń

- mówiła z oburzeniem sędzia Piekarska.

Dalsze zarzuty sędziów wobec śledczych:

• przekroczenie granic porozumienia organów ścigania z przestępcami

(wszyscy pomawiający sędziów mieli z tego korzyści,

np. kary w zawieszeniu, uchylane areszty),

a funkcjonariusze awanse - np. prokurator z prokuratury rejonowej

aż do elitarnego biura do walki ze zorganizowaną przestępczością,

jeden z funkcjonariuszy na zastępcę komendanta miejskiego;

• stosowanie tzw. aresztów wydobywczych

i przecieków do mediów itp.

Na rozprawie przed SN ujawniono też, że we wrześniu w Ministerstwie Sprawiedliwości proponowano sędzi Piekarskiej funkcję prezesa w sądzie w Ostrołęce. Przeszkoda była jedna - podjęła się obrony swoich kolegów. I nie zrezygnowała.Wczoraj ostrołęccy sędziowie chcieli, by Sąd Najwyższy powiadomił o naruszeniach prawa komendanta głównego policji i prokuratora krajowego. SN odmówił bycia "pośrednikiem". - W najbliższych dniach złożymy zawiadomienie o przestępstwie - zapowiada Piekarska. Z nazwiska wskazani zostaną dwaj policjanci prowadzący korupcyjne śledztwo, nadzorujący ich prokurator i jego przełożeni. Bogdan Wróblewski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokurator okręgowy w Nowym Sączu

i jego zastępca odwołani


Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro polecił prokuratorowi apelacyjnemu w Krakowie Józefowi Giemzie skierowanie wniosku o odwołanie prokuratora okręgowego w Nowym Sączu Zdzisława Bocheńskiego, a także natychmiastowe zawieszenie w czynnościach jego zastępcy Józefa Poręby - poinformowało biuro prasowe resortu sprawiedliwości. W komunikacie podkreślono, że sprawa ma związek z informacjami podawanymi przez "jedną z rozgłośni radiowych".

Radio RMF FM podało w środę, że Bocheński

osobiście interweniował w sprawie Poręby,

który po pijanemu spowodował wypadek

pod Nowym Sączem.

Jak poinformowano

w Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie

do zdarzenia doszło w ubiegłą sobotę.

Samochód kierowany przez zastępcę prokuratora okręgowego

w Nowym Sączu wjechał do rowu.

Według informacji prokuratury,

nikt nie doznał obrażeń.

Jednak po przyjeździe policji i karetki pogotowia

kierujący pojazdem odmówił poddania się badaniom

na zawartość alkoholu w organizmie,

domagając się wezwania przełożonego.

Przybyły na miejsce prokurator okręgowy uznał,

że nie zachodzą podejrzenia wskazujące,

by jego zastępca znajdował się pod wpływem alkoholu

i w związku z tym, nie ma potrzeby badania jego trzeźwości.

Według RMF FM, Bocheński powiedział policjantom,

że "całą sprawę załatwi sam".


Ministerstwo sprawiedliwości poinformowało, że "na polecenie Prokuratora Generalnego, zostało wszczęte postępowanie wyjaśniające wobec Prokuratura Okręgowego oraz, przez Prokuraturę Okręgową w Krakowie, postępowanie karne w sprawie wypadku samochodowego z udziałem jego zastępcy". Jak poinformował rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, o całej sprawie prokurator apelacyjny Józef Giemza dowiedział się w środę, po czym - nie znając jeszcze stanowiska resortu - zawiesił prokuratora okręgowego w Nowym Sączu i jego zastępcę w czynnościach służbowych. Giemza nakazał też wyjaśnienie sprawy i wyciągnięcie konsekwencji służbowych i dyscyplinarnych oraz - w przypadku potwierdzenia faktu spożycia alkoholu przez Porębę - karnych. (bart)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

(PAP)

2007-09-19

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Wymiar sędziowskiej niesprawiedliwości

Postępowanie w sprawie Mirosława Ciełuszeckiego

rozpocznie się od nowa

– orzekł Sąd Apelacyjny w Białymstoku.

Zdaniem sądu w wyroku pierwszej instancji

„nastąpiła obraza czynności procesowej”,

a w przypadku sędziego należy zwrócić uwagę

na brak doświadczenia, profesjonalizmu

i „ryzyko braku bezstronności”.


Rok 2002. Mirosław Ciełuszecki prowadzi firmę Farm Agro Planta. Spółka zatrudnia ponad 400 osób, jest jednym z najważniejszych pracodawców na Podlasiu. W regionie o wielkim bezrobociu. Działalność FAP ma też strategiczne znaczenie dla kraju – sprowadza z Białorusi do Polski chlorek potasu, substancję niezbędną w produkcji rolnej. Po dojściu do władzy SLD w 2001 r. działalność FAP staje się dla nowej ekipy niewygodna. W 2002 r. biznesmen zostaje aresztowany, spędza w areszcie pięć miesięcy. Firma przestaje istnieć, jej pracownicy trafiają na bruk. W roku 2006 Ciełuszecki zostaje skazany na 4,5 roku więzienia. Wyrok nie jest prawomocny, adwokaci składają apelację. Burza po publikacji Pierwsza rozprawa przed Sądem Apelacyjnym w Białymstoku zaplanowana była na maj. Jak twierdzili przyjaciele Ciełuszeckiego, nie było szans na pozytywny dla biznesmena werdykt. Pomimo kuriozalnego uzasadnienia wyrok sądu pierwszej instancji zostanie utrzymany – mówił jeden z nich. Ta sprawa ma charakter polityczny, Mirek jest dla układu sądowego niewygodny – dodaje. W możliwość uniewinnienia wątpił też sam Ciełuszecki. Wymiar niesprawiedliwości z czasów PRL wciąż funkcjonuje, nie wierzę w uczciwy wyrok – mówił dziennikarzowi „GP”. Do sądu miał zamiar przyjść z paczką ubrań i środków higieny osobistej, które będą mu niezbędne w więzieniu. W maju sprawę Ciełuszeckiego opisuje „Gazeta Polska”, a rozprawa zostaje w ostatniej chwili odroczona i przełożona na wrzesień. „GP” wchodzi w posiadanie nowych informacji, kolejna nasza publikacja wywołuje ogromne zainteresowanie mediów ogólnopolskich. Rozprawa z 21 września 2007 r. odbywa się w świetle kamer telewizyjnych. Ma dramatyczny przebieg. Adwokaci Ciełuszeckiego punkt po punkcie obalają zarzuty wobec biznesmena, nie pozostawiają na wyroku pierwszej instancji suchej nitki. Mój klient nie dorobił się na spółce, nie jeździł luksusowym autem, nie mieszkał w drogiej willi. Wszystkie dochody przeznaczał na FAP, dzieło swojego życia – mówił przed sądem mec. Maciej Lach. Ten „przestępca” był tak „zaradny”, że nie zadbał nawet o rozdzielność majątkową z własną żoną. Nie jesteśmy przestępcami W końcu przemawia Ciełuszecki: W latach 80. przebywałem na emigracji w USA. W roku 1990 postanowiłem wrócić. Mimo że spotkała mnie krzywda, a wyrok jest rażąco niesprawiedliwy, nie żałuję, że wróciłem. Cieszę się też, że mogę wystąpić przed sądem apelacyjnym i bronić swoich racji. Wysoki sądzie – pracując w FAP nie popełniliśmy przestępstwa. Przeciwnie, nasza praca była ważna dla kraju, nie mówiąc już o regionie. Prowadziliśmy działalność społeczną, daliśmy pracę wielu ludziom. Tak, panie prokuratorze, jedyny cel, jaki pan osiągnął, to kilkuset nowych bezrobotnych, jedno, co się panu udało, to zniszczenie ważnej dla bezpieczeństwa państwa firmy i utrata pracy przez ponad 400 osób – mówił rozżalony biznesmen. Jestem lekarzem – mówi z kolei przed sądem Jarosław Nowicki, były członek rady nadzorczej FAP. Do mojego gabinetu niemal codziennie przychodzą bezrobotni pacjenci, którzy kiedyś pracowali w FAP. Zniszczenie firmy jest skandalem, i to na skalę międzynarodową. Jestem oburzony, że w sprawie orzekał asesor, człowiek bez żadnego doświadczenia. To trochę tak, jakby operację na otwartym sercu powierzyć studentowi medycyny. W czwartek 7 września sąd wydaje wyrok – sprawa zostaje skierowana do ponownego rozpatrzenia w Sądzie Rejonowym w Bielsku Podlaskim. W uzasadnieniu czytamy, że nastąpiła obraza czynności procesowej, a sędzia Hubert Półkośnik był nieprofesjonalny, zachodziło też ryzyko braku obiektywizmu. Sąd wskazał na liczne błędy, chociażby w doborze biegłego. Jednocześnie jednak sąd uznał, że na dzień dzisiejszy nie może wydać jednoznacznego wyroku uniewinniającego, dlatego sprawa musi odbyć się od początku. Jestem szczęśliwy – mówi Ciełuszecki. Trochę martwi mnie jednak to, że sprawa wraca do Bielska. Uważam, że w tak ważnej kwestii orzekać powinien sąd wyższej instancji. Przykre też, że dopiero interwencje ogólnopolskich mediów pomogły w dojściu do sprawiedliwości. Przemysław Harczuk

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-10-02 (11:06)

(Gazeta Polska)

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Wrocławski prokurator Tadeusz Majda aresztowany

Wrocławski prokurator,

były szef Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej

w Prokuraturze Okręgowej, Tadeusz Majda

został zatrzymany przez policję

- informuje "Nasz Dziennik".

Śledczy, zwany we Wrocławiu "Czerwonym Październikiem",

aktywnie oskarżał opozycjonistów w czasie stanu wojennego.

Katowicka prokuratura dysponuje też dowodami wskazującymi,

że informował gangsterów o prowadzonych przeciwko nim

postępowaniach i zebranych dowodach.

Majda trafi do katowickiej prokuratury,

gdzie zostaną mu przedstawione zarzuty łapówkarstwa,

układania śledztw pod dyktando gangsterów,

przyjmowania pieniędzy od biznesmenów

w zamian za wszczynanie postępowań przeciwko konkurencyjnym

firmom i umarzania tym "zaprzyjaźnionym".

Kolejnym wrocławskim prokuratorem,

który niebawem może oglądać świat zza krat,

jest Zbigniew Nawojczyk.

Jemu śledczy zamierzają również postawić zarzuty łapówkarstwa

i korupcji, donosi "Nasz Dziennik" i dodaje,

że w areszcie przebywa także inny znany wrocławski prokurator

- Stanisław Ozimina.



Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.p

2007-09-19

(PAP)

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Prokuratorzy "ustawiali" śledztwo?

Niezawisły sąd?



Wymuszanie zeznań, zastraszanie świadków,

szykany, pogróżki, preparowane "dowody",

próba "zebrania kwitów" na dziennikarza,

który ujawnił nieprawidłowości.

A wszystko po to, by znaleźć jakiekolwiek "dowody"

pozwalające na przygotowanie aktu oskarżenia

- pisze "Nasz Dziennik".

Według gazety, tak wyglądały działania wrocławskiej policji

w postępowaniu wytoczonym przez prokuraturę

prezesom i udziałowcom poznańskiego przedsiębiorstwa

Bestcom.



Dziś, choć sprawę w lipcu przejęła prokuratura w Poznaniu, wrocławska policja nadal nie dostarczyła kompletu rzekomych "dowodów przestępstwa". Jak ustalił "ND", intensywnie natomiast zacierane są ślady nadużywania uprawnień i łamania prawa. Policja unika odpowiedzi na pytania i odpowiedzialnością obciąża prokuraturę. A nieprawidłowościami w pracy tejże już interesuje się CBA. Trzeba się tej sprawie bardzo dokładnie przyjrzeć. Bo takie sprawy kończą się odszkodowaniami, a za błędy urzędników, prokuratorów to my zapłacimy. Pan zapłaci, ja zapłacę, moje dzieci zapłacą i wszyscy podatnicy - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Piotr Woźniak, minister gospodarki. (PAP) Więcej: Nasz Dziennik - Prokuratorzy "ustawiali" śledztwo?

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

(PAP)

2007-09-18 (01:35)

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokurator zaszkodził policji i awansował

Katowicka prokuratura przez rok
przetrzymywała tajne raporty CBŚ
dotyczące rozpracowania mafii paliwowej.

W efekcie nie doszło do zatrzymania
kilkudziesięciu przestępców,
bo akcję trzeba było odwołać.

Ale prokurator, który się do tego przyczynił,

awansował.


Centralne Biuro Śledcze planowało rok temu
poważną operację wymierzoną w śląską mafię paliwową.

Policyjni agenci dowiedzieli się,
gdzie i kiedy gangsterzy
mieli z komponentów mieszać paliwo,
poznali numery rejestracyjne cystern,
które miały je przewozić,
oraz kto miał kupić lewą benzynę.
Zajęło im to wiele miesięcy.

Zaplanowali, że nielegalny proceder
odbędzie się pod ich kontrolą,
a ukoronowaniem operacji
miało być zatrzymaniem
kilkudziesięciu zamieszanych w oszustwo osób.

Z akcji nic jednak nie wyszło.

Powód?

W sierpniu ubiegłego roku prokurator Jarosław Hołda
z Katowic wydał nakaz zatrzymania
koordynującego operację przeciwko mafii paliwowej
oficera CBŚ.

Był podejrzany o korupcję:
za 90 tys. zł łapówki miał rzekomo chronić innych przestępców.

Prokurator zabezpieczył też
znalezione w jego gabinecie dokumenty.

Niektóre nie miały żadnego związku
z przedstawionymi mu zarzutami.

Na nieszczęście były wśród nich opatrzone klauzulą
"ściśle tajne"
materiały zawierające szczegóły rozpracowania gangu paliwowego.

Przez rok prokuratura się nimi nie interesowała,
a CBŚ nie miało do nich dostępu.

Dlatego właśnie misternie przygotowaną operację
przeciwko mafii trzeba było odwołać.

- Policja będzie teraz musiała zaczynać wszystko od nowa
- przyznaje jeden z prokuratorów.

Po ośmiu miesiącach pobytu w areszcie
oficer CBŚ wyszedł na wolność.

Okazało się, że dowody jego winy są wątpliwe.

Wbrew twierdzeniom jednego ze świadków
nigdy nie sprawdził on bowiem w systemie komputerowym,
czy policja interesuje się czterema śląskimi oszustami
(każde takie sprawdzenie jest rejestrowane przez komputer).

Niewiarygodnie brzmiał też zarzut,
że uprzedził ich o planowanym przeszukaniu firmy.

Oficer osobiście wziął w nim bowiem udział
i odkrył tam lewe paliwo za ponad 200 tys. zł.


Oficer i jego przełożeni nie chcieli wczoraj rozmawiać o zabezpieczonych dokumentach i dalszych losach nieudanej operacji. - Proszę o to pytać prokuraturę - powiedział nam jeden z wysokich rangą oficerów śląskiego CBŚ.Jednak prokuratura także nie chciała wyjaśnić powodów zabrania policyjnych raportów niezwiązanych z korupcyjnym śledztwem i bezzasadnego ich przetrzymywania. - W tej sprawie nie udzielamy żadnych informacji - stwierdził prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.Prokurator Hołda nie zajmuje się już sprawą podejrzanego o korupcję oficera. Trzy miesiące po jego aresztowaniu i zabezpieczeniu dokumentów CBŚ awansował do Prokuratury Krajowej. Stał się tam jednym z bliskich współpracowników Zbigniewa Ziobry, ministra sprawiedliwości. W lipcu "Gazeta" ujawniła, że dzień przed zatrzymaniem Barbary Blidy zadzwonił do Katowic i pytał zdumionego prokuratora, czy napisał już zarzuty dla byłej posłanki SLD. Na pytanie, skąd o tym wie, Hołda odpowiedział, że przygotowuje materiały na konferencję prasową.Parę miesięcy temu minister Ziobro powołał Hołdę na szefa Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. To ważna dla resortu sprawiedliwości jednostka, która z inspiracji Antoniego Macierewicza, likwidatora WSI, bada przestępstwa, jakich mieli się dopuścić oficerowie służb specjalnych.Z prokuratorem Hołdą nie udało nam się porozmawiać. Jest na urlopie.

Gazeta Wyborcza Katowice

20 Sie 2007 r.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Pies pani prokurator z immunitetem

mar, PAP 2007-08-01, ostatnia aktualizacja 2007-08-01 07:06:28.0

PRZEGLĄD PRASY.

Bąbel, mieszaniec rottweilera,
zwykle biega luzem i bez kagańca.

Nie lubi psów, rzuca się na nie,
potrafi też ugryźć
broniących swoich zwierzaków właścicieli.

Właścicielka rottweilera,


łódzka prokurator

nie reaguje na prośby sąsiadów
o trzymanie psa na smyczy i w kagańcu

- pisze "Dziennik Łódzki".

W rozmowie z "DŁ" prokurator zaznacza,
że w ostatni weekend
to jej pies został zaatakowany przez psa lokatorki,
a ona sama uderzona smyczą.


W tej sprawie właśnie złożyła zawiadomienie do prokuratury.Bożena Zaczkiewicz, właścicielka czteroletniego owczarka niemieckiego imieniem Sułtan, nie pierwszy raz miała zatarg z psem pani prokurator. - Ale w niedzielę czara się przelała. Bąbel biegał luzem, zaatakował nas. Nie chciałam po raz kolejny być wyszargana, więc spuściłam Sułtana ze smyczy, ale cały czas był w kagańcu - opowiada pani Bożena. - Psy zaczęły się gryźć. Wtedy właścicielka rottweilera smyczą zaczęła okładać Sułtana. Ja, przyznaję, widząc to też zamachnęłam się smyczą, ale raczej nikogo nie trafiłam. Tymczasem ta pani uderzyła mnie w twarz!Dwa doniesienia ws. Bąbla W sprawie Bąbla w prokuraturze okręgowej są już dwa zawiadomienia. Lokatorzy obawiają się jednak, że sprawa może zostać zatuszowana, ponieważ skargi dotyczą pracownicy prokuratury. Robert Gąsiorowski, zastępca prokuratora okręgowego w Łodzi zapewnia, że sprawa jest rzetelnie wyjaśniana. - W poniedziałek przesłaliśmy wniosek do prokuratora apelacyjnego, który jest rzecznikiem dyscyplinarnym prokuratorów, o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego względem pani prokurator D. Jestem zbulwersowany postępowaniem mojej koleżanki - mówi Gąsiorowski.Mieszkańcy łódzkiego os. Manhattan boją się wychodzić z psami na spacery. Niespokojnie spoglądają zza firanek, gdy z pupilami wychodzą ich dzieci. Wielu z nich miało już bliskie spotkanie z rottweilerem Bąblem i nie ma ochoty na kolejne.

mar, PAP

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Motocyklista bezkarny

na turystycznym szlaku


Jarosław Sidorowicz

2007-05-18, ostatnia aktualizacja 2007-05-18 23:00:49.0

Motocyklista, który jadąc bez prawa jazdy,
śmiertelnie potrącił turystę na szlaku
wiodącym w kierunku schroniska na Kudłacze,
nie poniesie kary.

Prokuratura umorzyła wobec niego postępowanie,
bo uznała, że ofiara sama weszła mu pod koła.

- Tę decyzję nie można nazwać inaczej jak skandalem.


Każdy człowiek, wchodząc do lasu, winien mieć gwarancję, że nie zostanie tam rozjechany przez pojazd mechaniczny - nie kryje oburzenia mecenas Andrzej Tarnawski reprezentujący rodzinę ofiary. Nie pomogło nawet jego odwołanie do sądu. - Znowu zwyciężyła bezkarność - mówi rozgoryczona żona potrąconego turysty. 76-letni Wiesław W., inżynier, zapalony podróżnik i filmowiec z Krakowa, był pierwszą ofiarą motocyklistów rozjeżdżających góry. Pod koniec września zeszłego roku, idąc z grupą przyjaciół tzw. czerwoną drogą do schroniska PTTK Kudłacze koło Pcimia, został potrącony przez 25-letniego motocyklistę, który wjechał na szlak. - Nie zatrąbił, usłyszeliśmy go w ostatniej chwili - relacjonuje przyjaciółka ofiary. Motocyklista uderzył w 76-letniego krakowianina. Podróżnik zmarł w krakowskim szpitalu w wyniku uszkodzenia pnia mózgu. Historia opisana przez "Gazetę" wywołała burzę wśród czytelników i miłośników gór. Tymczasem myślenicka prokuratura po kilkumiesięcznym dochodzeniu sprawę umorzyła. Decydujący dla niej okazał się ruch, jaki wykonał mężczyzna, by ratować przed rozjechaniem psa, który nagle wbiegł na szlak. - Prokuratura mówi o wtargnięciu mojego męża, tymczasem on po prostu wychylił się i został wtedy uderzony w bark - mówi żona ofiary. Niektórzy świadkowie zeznali, że motocyklista, przejeżdżając koło nich, nawet przyspieszył. Co więcej, on sam przyznał, że widząc grupę turystów, nie zwolnił i jechał z szybkością ok. 40 km/h. Co na to prokuratura? - Prędkość nie ma tu znaczenia. Biegły powołany przez nas jednoznacznie wskazał, że przyczyną wypadku było nagłe wtargnięcie pieszego - mówi rzecznik krakowskiej prokuratury Bogusława Marcinkowska. Sam ekspert w swojej opinii przyznaje jednak, że prędkość, z jaką jechał sprawca, nie była bezpieczna. Ale zaraz dodaje, że "nawet gdyby jechał wolniej, nie uniknąłby wypadku" - Być może, ale biegły nie zauważa, że redukcja szybkości mogłaby złagodzić skutki najechania na pieszego. Na dodatek motocyklista, wjeżdżając między ludzi, nawet nie dotknął hamulca - podkreśla mecenas Tarnawski. Na decyzję myślenickiej prokuratury nie miał też wpływu fakt, że sprawca wjechał na trasę, na której nie powinien się znaleźć, i od trzech lat - jak sam zeznał - jeździł motocyklem bez żadnych uprawnień. "Nie ulega wątpliwości, iż kierujący dopuścił się szeregu wykroczeń drogowych, ale naruszenie żadnego z przepisów nie miało związku z zaistnieniem oraz przebiegiem wypadku i może stanowić jedynie podstawę do osobnego postępowania o wykroczenie" - napisano w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu sprawy. Wyrzucić motocyklistów ze szlaków Radosława Ślusarczyka ze stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot nie dziwi bezkarność zmotoryzowanych wjeżdżających na turystyczne szlaki. - Miałem zdjęcia quadów rozjeżdżających trasy turystyczne, widać było nawet ich tablice. Na policji usłyszałem, że to niska szkodliwość społeczna - mówi. Stowarzyszenie przygotowuje specjalny program monitorujący ten problem. Po wypadku na Kudłaczach z apelem o zmianę przepisów i zaostrzenie sankcji wobec motocyklistów i quadowców rozjeżdżających góry zwróciło się do parlamentarzystów Polskie Towarzystwo Tatrzańskie. Poseł Edward Siarka, wiceprzewodniczący komisji administracji, mówi, że w znowelizowanej dwa tygodnie temu ustawie o ruchu drogowym wprowadzono zapis zezwalający m.in. straży leśnej na kontrolowanie pojazdów wjeżdżających do lasu. Przygotowywany jest też projekt nakazujący rejestrowanie motocykli crossowych, dzięki czemu łatwiej będzie identyfikować ich właścicieli.

Jarosław Sidorowicz

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Molestowanie

- mało szkodliwe społecznie


ag 2007-05-22, ostatnia aktualizacja 2007-05-22 18:46:36.0

Kolejny sąd, tym razem wojskowy uznał,
że molestowanie pracownic to czyn
mało szkodliwy społecznie.

Tak wynika z uzasadnienia wyroku
w sprawie byłego komendanta
szpitala wojskowego w Przemyślu.

Płk Gerard Ch. był komendantem
114 Szpitala Wojskowego w Przemyślu.

Przez prokuraturę wojskową
został oskarżony o kilkakrotne
usiłowanie gwałtów i molestowanie.

Pokrzywdzonymi były
pracownice przemyskiego szpitala.


W Gazecie pisaliśmy o tym jak płk Ch. traktował podległe mu kobiety. W rozmowie z Gazetą pielęgniarki mówiły m.in. o upokarzających castingach, bo tak nazywały procedurę przyjęcia do pracy. Pułkownik Ch. oceniał nie tylko kwalifikacje zawodowe, ale i urodę kandydatek do pracy. Kobiety opowiadały o tym, że komendant pytał je o bardzo osobiste sprawy, np. czy zgodziłyby się zdradzić mężów. Pielęgniarki często były wzywane do sztabu, siedziby dyrekcji szpitala mieszczącej się w odrębnym budynku. Tam doszło do prób gwałtu, oficer próbował też molestować swoje pracownice. Sprawą zajęła się najpierw przemyska prokuratura, potem prokuratura wojskowa, która skierowała do sądu akt oskarżenia. Wyrok zapadł latem ub. roku , ale dopiero teraz do pokrzywdzonych kobiet i do Wojskowej Prokuratury Okręgowej sąd przesłał uzasadnienie. Rozprawa odbywała się za zamkniętymi drzwiami, uzasadnienie wyroku jest również utajnione. Dowiedzieliśmy się, że sąd umorzył część zarzutów wobec płk Gerarda Ch. uznając, że sprawca sam odstąpił od popełnienia zabronionych czynów. Wobec innych sąd przyjął, że mają niską szkodliwość społeczną. - To oznacza, że nasi przełożeni mogą bezkarnie próbować nas gwałcić i molestować, że mogą bezkarnie wykorzystywać swoje stanowisko - skomentowały uzasadnienie wyroku pielęgniarki z przemyskiego szpitala. Wyrok sądu nie jest prawomocny. Jedna z poszkodowanych kobiet zdecydowała się złożyć apelację. - Moja klientka nie zgadza się z tym wyrokiem i dlatego się od niego odwołujemy - poinformowała mecenas Eliza Grudzień, reprezentująca pielęgniarki w czasie procesu. Apelację złożyła również prokuratura wojskowa. - Zapoznaliśmy się z uzasadnieniem, z częścią argumentacji można się zgodzić, z częścią się nie zgadzamy i dlatego wniesiona została apelacja - wyjaśnia mjr Ireneusz Szeląg rzecznik prasowy Wojskowej Prokuratury Okręgowej. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że wojskowy oskarżyciel uważa, jeśli nawet płk Ch. nie może odpowiedzieć za usiłowanie gwałtu, powinien odpowiedzieć za naruszenie nietykalności osobistej kobiet i molestowanie. To kolejny wyrok, w którym sąd uznał , że molestowanie kobiet przez ich przełożonych z pracy jest mało szkodliwe społecznie. Niedawno pisaliśmy o pracownicy policji, która była prześladowana przez szefa. Sąd w Lesku przyznał, że mężczyzna popełnił zarzucane mu czyny, ale umorzył sprawę ze względu na niską szkodliwość czynu. Sąd apelacyjny skierował sprawę do ponownego rozpoznania.

ag

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Były prokurator stanie przed sądem

(PAP)

Były prokurator z Bełchatowa (Łódzkie)
Dariusz C. stanie przed sądem.

Prokuratura zarzuca mu przyjęcie ponad 60 tys. zł łapówek.


Akt oskarżenia w tej sprawie trafił w piątek do Sądu Rejonowego w Bełchatowie - poinformował rzecznik prasowy łódzkiej prokuratury apelacyjnej Wojciech Górski. Obok 44-letniego Dariusza C. na ławie oskarżonych zasiądzie jeszcze 13 osób w wieku od 29 do 65 lat, które miały wręczyć prokuratorowi pieniądze. Według prokuratury, Dariusz C. w zamian za łapówki zobowiązał się do "podjęcia działań zmierzających do zapewnienia korzystnych rozstrzygnięć w postępowaniach prowadzonych w Prokuraturze Rejonowej w Radomsku, Sądzie Rejonowym w Bełchatowie, Sądzie Rejonowym w Tomaszowie Mazowieckim oraz Sądzie Okręgowym w Łodzi. Jak informuje Górski, b. prokuratorowi zarzucono także nakłanianie innej osoby do złożenia fałszywych zeznań w jednej ze spraw. Dariusz C. miał też - zdaniem prokuratury - nakłaniać inna osobę do kradzieży z włamaniem samochodu terenowego użytkowanego przez jednego z sędziów bełchatowskiego sądu. Byłemu prokuratorowi zarzucono również oszustwo i "pranie pieniędzy" pochodzących z łapówek. Dariusz C. został zatrzymany i aresztowany jesienią 2005 roku. Jego sprawa wyszła na jaw po tym, jak na policję zgłosił się mężczyzna pośredniczący w przekazywaniu łapówek. Kiedy okazało się, że prokurator nie do końca wywiązywał się z obietnic, zaczęto grozić pośrednikowi. Zastraszony powiadomił o wszystkim policję i skorzystał z przywileju, jaki daje prawo karne osobie, która zawiadamia organy ścigania o korupcyjnym procederze, zanim policja czy prokuratura się o nim dowiedziały, i nie będzie podlegał karze. Byłemu prokuratorowi oraz pozostałym oskarżonym grozi kara od roku do 10 lat pozbawienia wolności. (sm)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-03-16

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokurator-łapówkarz
zlecił kradzież auta sędziego


mar, PAP 2007-03-24, ostatnia aktualizacja 2007-03-24 00:56:05.0

PRZEGLĄD PRASY.

Tego jeszcze nie było.

Prokurator łapówkarz zlecił kradzież auta sędziego
- dowodzi prokuratura w akcie oskarżenia,
który skierowała do Sądu Rejonowego w Bełchatowie.
Sąd zdecydował w piątek,
że prokurator Dariusz C.
do połowy czerwca pozostanie
w łódzkim areszcie przy ul. Smutnej
- pisze "Dziennik Łódzki".


Sprawa toczy się od listopada 2005 r. Wyszła na jaw, gdy prokuratura zaczęła interesować się doniesieniami o łapówkach, które miał brać 44-letni dziś prokurator C. "Prokurator Darek - 5 tysięcy", tak mówili o nim w Bełchatowie, oczywiście już po zatrzymaniu, bo wcześniej nikt złego słowa na Dariusza C. nie powiedział."Można z nim było konie kraść" - Można z nim było konie kraść - twierdzi sędzia Marek Rychter, przewodniczący Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Bełchatowie, przez dwie kadencje wiceprezes sądu. Ale to właśnie jemu prokurator, dziś już były, chciał ukraść auto. Toyota land cruiser należała wprawdzie do żony sędziego, ale jeździł nią Marek Rychter. Terenowe cacko miało wtedy dwa lata. Jedyne takie w mieście, robiło wrażenie także na Dariuszu C., który od sędziego chciał toyotę odkupić.- Mówił, że jest nią bardzo zainteresowany. Nie zamierzałem jednak wtedy pozbywać się samochodu - wspomina sędzia Rychter. - Powiedziałem mu, że jeśli zdecyduję się sprzedać, to będę o nim pamiętał.Zamiast dać łapówkę miał ukraść toyotę? Jak ustaliła prokuratura, w kwietniu 2001 r. Dariusz C. - jeszcze wówczas prokurator - zlecił kradzież auta 22-letniemu Tomaszowi S. Mężczyzna miał już w przeszłości kłopoty z prawem. Kiedy zatrzymano go za pobicie, natknął się na prokuratora Dariusza C. Ten miał obiecać załatwienie wyroku w zawieszeniu, pod warunkiem że 22-latek zapłaci prokuratorowi 5 tys. zł. Podejrzany o pobicie zebrał 2,7 tys., a resztę zobowiązał się dopłacić później. Kiedy jednak ustalony termin minął, prokurator zaproponował mu włamanie i kradzież samochodu sędziego.Tomasz S. na propozycję przystał. Samochód miał odprowadzić na posesję w Tomaszowie Mazowieckim, prawdopodobnie należącą do znajomego prokuratora. Zachęcony do włamania 22-latek rozpoczął obserwację domu sędziego, z czasem jednak zrezygnował. Marek Rychter o niedoszłej kradzieży dowiedział się dopiero z listu, który Tomasz S. napisał do prokuratury apelacyjnej, kiedy był zatrzymany w kolejnej sprawie.20 zarzutów, większość dotyczy korupcji Dariuszowi C. prokuratura postawiła 20 zarzutów, większość związana jest z przyjmowaniem korzyści majątkowych. Za łapówki - w wysokości od 1,5 tys. zł do 10 tys. zł - miał pomagać w pomyślnych rozstrzygnięciach różnych spraw w Prokuraturze Rejonowej w Radomsku, Sądzie Rejonowym w Bełchatowie, Sądzie Rejonowym w Tomaszowie Mazowieckim oraz Sądzie Okręgowym w Łodzi. Prokurator zdołał "zarobić" - według szacunków aktu oskarżenia - ponad 60 tys. zł.Dariuszowi C. grozi do 10 lat pozbawienia wolności. Nie przyznał się do zarzucanych mu przestępstw. Tomasz S. przed sądem nie stanie. Umorzono postępowanie przygotowawcze w części dotyczącej osób, które ujawniły okoliczności związane z wręczaniem łapówek, nim sprawą zajęły się policja i prokuratura.

mar, PAP

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Szeryf Ziobro zrobiony w ,,Fakt"

Szymon Jadczak, Małgorzata Wach

2007-04-18, ostatnia aktualizacja 2007-04-17 22:02:17.0

Politycy bardziej od wiarygodności cenią możliwość pojawiania się na łamach ,,Faktu". Tak było ostatnio ze sprawą matki dziewięciomiesięcznej Martynki, której sąd odebrał dziecko rzekomo z powodu biedy. Na łamach bulwarówki interwencje zapowiedzieli minister Ziobro i poseł Rokita. Grzmieli, choć sprawy nie znali. Serial o "bezdusznym sądzie i kochającej matce" rozpoczął się w ubiegłą środę. "Sąd zabrał mi dziecko" - żaliła się zrozpaczona matka. "Bezduszni sędziowie i policjanci skrzywdzili niewinną kobietę i jej maleńką córeczkę" - wtórował jej ,,Fakt". Dwa dni później brukowiec obwieścił na pierwszej stronie, że sprawą zajęli się Zbigniew Ziobro i Jan Rokita: "Natychmiast po przeczytaniu ,,Faktu" zleciłem zbadanie tej bulwersującej sprawy. Dołożę wszelkich starań, aby wyjaśnić to zdarzenie" - grzmiał minister. "Rodzina to za poważna sprawa, by tak bezwzględnie ją traktować. Chcę pomóc tej kobiecie i jej dziecku. Tak nie może być! Kilka milionów ludzi w Polsce nie ma pracy, więc czy im też powinno się zabierać dzieci?!" - oburzał się Jan Rokita. Dziś są już mniej stanowczy w swoich deklaracjach. Okazało się bowiem, że wersja ,,Faktu" była daleko od faktów. "Bezduszny krakowski sąd rodzinny odebrał kochającej matce dziewięciomiesięczną córeczkę (...) Sędzia nabrała przekonania, że Martynce jest źle, bo matka nie ma stałej pracy i nie może zapewnić dziecku odpowiedniej opieki" - pisał ,,Fakt", dodając, że kobieta "ma wzorową opinię u swoich sąsiadów i pracodawców".Wystarczy jednak zajrzeć do akt, aby się dowiedzieć, że ,,Fakt" porzucił fakty. Okazuje się, że w chwili gdy ,,bezduszny sędzia" decydował o umieszczeniu Martynki w pogotowiu rodzinnym, miał przed sobą m.in. wyrok sądu rodzinnego z Nowego Targu o odebraniu rodzicom starszego brata dziewczynki. Kilka miesięcy wcześniej chłopiec pozostawiony bez opieki wypadł przez okno i ze złamaną kością skroniową trafił do szpitala. Jak ustalił sąd, nie był to tylko incydent. Dziecko często było zostawiane bez opieki, zaniedbywane, a matka zachowywała się wobec niego wulgarnie. Dziś jest już w rodzinie adopcyjnej. A niewinna mama dorobiła się od tego czasu pięciu zarzutów. Jest podejrzana m.in. o rozbój z użyciem noża i groźby karalne. Kiedy nie stawiała się na wezwanie prokuratora, wysłano za nią list gończy. Wpadła, gdy podczas libacji alkoholowej w wynajmowanym przez nią mieszkaniu jej koledzy pobili właściciela lokalu. W takiej scenerii odebrano jej Martynkę. Ziobro i Rokita tłumaczą, że nic o tym nie wiedzieli, kiedy komentowali sprawę. - ,,Fakt" przemilczał bardzo wiele - mówi Paweł Maliszewski, szef biura poselskiego Jana Rokity. - Wydaje się jednak, że pewne aspekty tej sprawy powinny zostać zbadane. Tymczasem sędziowie, których wiarygodność najbardziej ucierpiała, nie kryją oburzenia. - Jak minister może twierdzić, że sprawa jest bulwersująca, nie znając jej szczegółów - zastanawia się Waldemar Żurek, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów Polskich ,,Iustitia". - Wiele wskazuje na to, że musimy się do tego przyzwyczaić, bo pan minister Ziobro bardzo chętnie obiecuje interwencje w nawet drobnych sprawach. Wypadałoby jednak je sprawdzić przed publiczną wypowiedzią. - Ze wstępnych informacji wynika, że sprawa wygląda nieco inaczej, niż przedstawił ją ,,Fakt" - tłumaczy ministra Joanna Dębek z Wydziału Informacji Ministerstwa Sprawiedliwości. - Na podstawie akt przygotowujemy oficjalną odpowiedź. Jeśli okaże się, że w artykułach naruszono bezpodstawnie dobre imię sądu, będziemy go bronić.

Szymon Jadczak, Małgorzata Wach

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Lubelska porażka Zbigniewa Ziobro

Sebastian Luciński

2007-05-25, ostatnia aktualizacja 2007-05-25 19:51:53.0

Sąd dyscyplinarny w Lublinie
uniewinnił sędziego Leszka Guzę z Gliwic,
który wydał wyrok
w sprawie odszkodowania dla MTK.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro
wiązał to orzeczenie z późniejszą tragedią,
w której zginęło 65 osób.

Rzecznik dyscyplinarny zarzucał
sędziemu Leszkowi Guzie
z Sądu Okręgowego w Gliwicach
rażące naruszenie przepisów prawa procesowego.


Sędzia Guza orzekał w procesie, jaki MTK wytoczyły firmie ubezpieczeniowej Hestia. W 2002 roku dach jednej z hal wygiął się od śniegu, jego naprawa kosztowała ponad 300 tys. zł. O odszkodowanie właściciele targów zwrócili się do Hestii, ale firma odmówiła wypłacenia pieniędzy, bo uznała, że uszkodzenia dachu powstały od śniegu, którego nikt nie usuwał. Jednak w listopadzie 2005 roku sędzia Guza nakazał ubezpieczycielowi wypłacenie odszkodowania.

Kilka tygodni po wyroku
katowicka hala zawaliła się,
grzebiąc pod gruzami 65 osób.

144 zostały ranne.

Przyczyną wypadku była zalegająca na dachu kilkudziesięciocentymetrowa warstwa śniegu i lodu.


Niedługo po katastrofie
z wnioskiem o wszczęcie
postępowania dyscyplinarnego
wobec sędziego wystąpił


minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Powiedział m.in.:

- "Niezawisłość sądów nie oznacza
niezawisłości od rozumu
i obowiązującego w Polsce prawa (...)

Jeśli sąd stwierdziłby,
że na terenie MTK
nie obowiązują prawa grawitacji,
to nie oznacza to, że tak jest".


Sprawą zajął się sąd dyscyplinarny przy Sądzie Apelacyjnym w Lublinie. Wczoraj Leszek Guza został całkowicie oczyszczony z zarzutów. - Niedopuszczalne jest również łączenie wyroku wydanego przez sędziego Guzę z późniejszą katastrofą w MTK - powiedział sędzia Jerzy Nawrocki, uzasadniając wczorajsze orzeczenie sądu dyscyplinarnego. Wyrok nie jest prawomocny.

Sebastian Luciński

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Szybka kariera zapomnianego sędziego

Jarosław Sidorowicz

2007-07-12, ostatnia aktualizacja 2007-07-12 20:53:00.0

Tomasz Szafrański, były sędzia,
którego dyscyplinarnie przeniesiono
z krakowskiego sądu,
robi teraz błyskawiczną karierę
pod skrzydłami ministra Zbigniewa Ziobry.

W ciągu kilku miesięcy Szafrański,
który ani dnia nie przepracował w prokuraturze,
został prokuratorem okręgowym.

Jest też sekretarzem komisji kodyfikacyjnej
prawa karnego w Ministerstwie Sprawiedliwości,
która jest oczkiem w głowie ministra Ziobry.


- Szokujące jest to, że osobę, która budzi takie wątpliwości, tak błyskawicznie się awansuje - mówi proszący o anonimowość krakowski sędzia. Szafrański kilka lat temu, będąc sędzią w Krakowie, popadł w konflikt ze swoimi przełożonymi. Wszczęto przeciwko niemu pięć postępowań dyscyplinarnych, głównie o zwłokę w pisaniu uzasadnień wyroków. Dwa zostały umorzone. Pozostałe zakończyły się upomnieniem, naganą, aż w końcu Szafrańskiego dyscyplinarnie przeniesiono do niewielkiego sądu pod Łodzią. Sędzia twierdził, że jest szykanowany, odpowiedział pozwem do sądu pracy, zarzucając mobbing. Sprawę jednak przegrał. W grudniu 2004 r. rzucił togą. Nie zapomnieli jednak o nim prawicowi politycy, którym wpadł w oko, orzekając w kilku głośnych procesach o zabarwieniu politycznych. W kwietniu 2000 r. umorzył m.in. sprawę prawicowych działaczy, którzy podczas trzeciomajowych uroczystości spoliczkowali posła SLD Andrzeja Urbańczyka. Szafrański uznał, że polityk w uroczystościach uczestniczył jako osoba prywatna, stąd też na drodze prywatnej mógł się domagać zadośćuczynienia. Rozgłos przyniosła mu sprawa byłej policjantki, oskarżonej o sprzedawanie informacji do tygodnika "Zły". Doniesienie o przestępstwie złożyło wtedy prawicowe Stowarzyszenie "Katon", do którego należał Zbigniew Ziobro. Policjantka twierdziła, że chodziło o rozprawę ze środowiskiem tygodnika "Nie". Sąd pod przewodnictwem Szafrańskiego skazał ją na karę więzienia w zawieszeniu i zakazał pracy w policji przez trzy lata. Mecenas Jan Widacki, który bronił policjantki, wnioskował wtedy o wyłączenie sędziego Szafrańskiego z procesu. - Nie potrafił ukryć w trakcie sprawy swoich sympatii. Co ciekawe, pan sędzia osobiście przyszedł potem na rozprawę odwoławczą i przysłuchiwał się jej przebiegowi. Z czymś takim się nie spotkałem wcześniej - mówi mec. Widacki. 20 lutego 2006 r. Szafrański został prokuratorem Prokuratury Rejonowej w Bochni, choć nie przepracował tam ani chwili. Jeszcze tego samego dnia został bowiem oddelegowany do pełnienia obowiązków głównego specjalisty w departamencie legislacyjno-prawnym Ministerstwa Sprawiedliwości. Ściągnął go tam wiceminister Andrzej Kryże, z którym Szafrański znał się jeszcze z czasów sędziowskich. Po ledwie kilku miesiącach, jesienią zeszłego roku dostał nominację na prokuratora okręgowego, mimo że negatywną opinię w tej sprawie wydało kolegium prokuratorskie przy Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie.- Każda osoba, która wykonywała zawód prawniczy przez co najmniej trzy lata, może być powołana na stanowisko prokuratora bez obowiązku aplikacji prokuratorskiej i egzaminu prokuratorskiego. Staż pracy pana Tomasza Szafrańskiego w sądownictwie przekraczał siedem lat, a więc spełniał on warunek, o którym wyżej mowa - powiedziano nam w wydziale informacji MS. Nominację na Prokuratora Okręgowego też tłumaczy się stażem pracy w wymiarze sprawiedliwości oraz "bardzo wysoko ocenianym zaangażowaniem w działania legislacyjne". Ministerstwo bagatelizuje też postępowania dyscyplinarne wobec Szafrańskiego. - Okoliczności ich inicjowania oraz przebieg uzasadniały przypuszczenia, że ich powodem były względy pozamerytoryczne, a nawet że stanowiły one przejawy mobbingu - odpowiedziano nam w wydziale informacji MS

.Jarosław Sidorowicz

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA




.




.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paweł dnia Śro 2:30, 24 Paź 2007, w całości zmieniany 11 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paweł




Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 1145
Przeczytał: 3 tematy


PostWysłany: Sob 15:48, 26 Maj 2007    Temat postu: Szef ABW chwalił się, że areszt Blidy ma w kieszeni ?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx[/b

[b]Opolszczyzna:

dwóch sędziów pobiło się w sądzie


tan, gazeta.pl 2008-04-14, ostatnia aktualizacja 2008-04-14 14:55:06.0


Z niejasnych powodów doszło do bójki dwóch sędziów

w budynku sądu w Strzelcach Opolskich.

Jak twierdzi lokalna prasa - poszło o żonę jednego z sędziów,

zresztą też sędzię.

Jeden z nich wylądował w szpitalu z złamanym nosem,

obaj natomiast utrzymują, że jedynie się bronili.

Do bójki doszło w ubiegły poniedziałek

w budynku strzeleckiego sądu,

a dokładnie w gabinecie sędziego Piotra Stniasławiszyna.



Zależnie od tego której relacji słuchamy, na drugiego napadł tam albo Stanisławiszyn właśnie, albo sędzia Jarosław Marciniak.- Sędzia Stanisławiszyn zeznał, że został napadnięty przez kolegę z pracy. Jarosław Marcinak mówi natomiast, że było odwrotnie. Obaj panowie twierdzą, że są w tej sprawie ofiarami i musieli użyć obrony koniecznej - mówił rzecznik sądu w Opolu.Jak donosi lokalna "Nowa Trybuna Opolska", powodem bijatyki było zwolnienie lekarskie małżonki Jarosława Marciniaka, która również jest sędzią w strzeleckim sądzie. Małgorzata Marciniak miała prowadzić w tym dniu kilka rozpraw. Dostarczyła jednak do pracy zwolnienie lekarskie. Jej sprawy z wokandy musiał przejąć Piotr Stanisławiszyn. Ten uznał, że zwolnienie jest fałszywe i powiadomił o tym prezesa strzeleckiego sądu. O donosie dowiedział się mąż sędziny, który w jej imieniu postanowił wyjaśnić wątpliwości ze swoim kolegą po fachu. Jarosław Marciniak wszedł za Stanisławiszynem do jego gabinetu. Tam doszło do sprzeczki, która przerodziła się w rękoczyny. Padły ciosy, polała się krew. Sędzia Marciniak złamał koledze nos. Jarosław Stanisławiszyn zgłosił się do szpitala, gdzie został opatrzony.tan, gazeta.pl

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

vvvv

Sędzia złamał koledze nos

i odpowie dyscyplinarnie


żbik 2008-04-14, ostatnia aktualizacja 2008-04-14 19:58:49.0

Będzie postępowanie dyscyplinarne

przeciwko sędziemu Jarosławowi Marciniakowi,

który złamał nos koledze po fachu

- zdecydował w poniedziałek sędzia Andrzej Połata,

zastępca rzecznika dyscyplinarnego.

Sędziowie Jarosław Marciniak, który miał uderzyć kolegę

i złamać mu nos,

oraz poszkodowany asesor sądowy Piotr Stanisławiszyn

(obaj pracują w Sądzie Rejonowym w Strzelcach Opolskich)

stawili się w poniedziałek w Sądzie Okręgowym w Opolu

na postępowaniu wyjaśniającym.

Przez trzy godziny przedstawiali rzecznikowi dyscyplinarnemu

własne wersje wydarzeń.


- Sprawa jest skomplikowana - mam dwie obdukcje lekarskie i dwie wersje wydarzeń, a każdy z sędziów przekonuje, że to on został zaatakowany - mówił sędzia Połata, który po wysłuchaniu wyjaśnień podjął decyzję o postępowaniu dyscyplinarnym przeciwko sędziemu Marciniakowi. - Wykaże ono, czy są podstawy do postawienia zarzutów - mówił. Teraz przesłuchani zostaną świadkowie, sędzia zapozna się także z nagraniami z kamer wideo umieszczonych na korytarzu Sądu Rejonowego w Strzelcach Opolskich. - Nie ma naocznych świadków, więc w sprawie opierać się będę na poszlakach - mówił.Wczoraj żaden z sędziów nie chciał komentować sprawy.Do zdarzenia doszło w miniony poniedziałek. Jak informowało Radio Opole, sędzia Marciniak wszedł za sędzią Stanisławiszynem do jego gabinetu, gdzie doszło do sprzeczki, po której sędzia Marciniak uderzył swego kolegę tak mocno, że złamał mu nos. Podobno miało pójść o L4, które 7 kwietnia złożyła do sądu w Strzelcach Opolskich żona sędziego Marciniaka, również sędzia. Wokanda miała przejść na barki sędziego Stanisławiszyna, który miał się poskarżyć, że dostarczone L4 jest fałszywe, a sędzia Marciniak w tym czasie prowadzi zajęcia ze studentami.Jednak prezes Sądu Rejonowego w Strzelcach Opolskich Ewa Filipska-Bazgier zaprzecza takiemu wyjaśnieniu. - W tygodniu, kiedy doszło do zdarzenia, nie złożono żadnego L4, choć, owszem, wcześniej taka rzecz miała miejsce dwa razy i sprawy wyznaczone na tamte dni musieliśmy rozdzielić między innych sędziów - wyjaśniała prezes. - Fundamentów konfliktu można doszukiwać się na tle relacji pomiędzy asesorem Stanisławiszynem a żoną sędziego Marciniaka; z ustaleń wynika, że między nimi były nieporozumienia i prawdopodobnie dlatego doszło do spięcia 7 kwietnia - mówił rzecznik dyscyplinarny.Jeśli sędziemu Marciniakowi zostaną postawione zarzuty, to najłagodniejszym zakończeniem sprawy będzie nagana. - W tym przypadku jednak trzeba się liczyć z najpoważniejszymi konsekwencjami, czyli nawet z usunięciem z sędziowskich szeregów - zaznaczał sędzia Połata.Postępowanie dyscyplinarne to niejedyne zmartwienie sędziego Marciniaka, sprawą może bowiem zainteresować się również prokuratura, do której wpłynęły już dwa zawiadomienia o przestępstwie. Jedno podpisał poszkodowany sędzia, drugie prezes Sądu Rejonowego w Strzelcach Opolskich. - Prokuratura może zażądać uchylenia sędziowskiego immunitetu i przeprowadzić postępowanie karne, a jeśli sędzia zostanie skazany, to zostanie usunięty z sędziowskich szeregów - wyjaśniał sędzia Waldemar Krawczyk, rzecznik Sądu Okręgowego w Opolu, zaznaczając, że pierwszy raz spotyka się z podobną sprawą , choć pracuje już 35 lat.Na razie pobity sędzia przebywa na zwolnieniu lekarskim, natomiast sędzia Marciniak został zawieszony.żbik

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Zabójca nastolatki opuścił areszt

przez błąd sądu



pż 2008-03-18, ostatnia aktualizacja 2008-03-18 18:21:18.0


Kilkanaście dni przez zabójstwem 17-letniej Edyty,

19-letni Grzegorz G. z Witnicy wyszedł na wolność,

bo sędzia przedłużający mu areszt popełnił błąd

przy uzasadnieniu swojej decyzji


Sąd rejonowy w Gorzowie

aresztował we wtorek na trzy miesiące

19-letniego Grzegorza G..

Mieszkaniec Witnicy

jest podejrzany o zamordowanie 17-letniej koleżanki.

W sobotę wieczorem, podczas ogniska

urządzonego w lesie pod Witnicą,

19-latek zaczął dusić dziewczynę,

a potem zadawać jej ciosy rozbitą butelką.

Po zatrzymaniu przyznał się do winy .

Na początku marca 19-latek opuścił areszt śledczy,

w którym przebywał od końca listopada ub.r.

Właśnie wtedy, podczas libacji alkoholowej,

Grzegorz G. zaatakował nożyczkami

konkubenta swojej matki

(17-krotnie ranił jego twarz).

Jak poinformowała we wtorek "Gazeta Lubuska",

mężczyzna wyszedł na wolność,

choć sąd rejonowy podjął decyzję o przedłużeniu aresztu.

Sąd okręgowy odesłał jednak tę sprawę

do ponownego rozpatrzenia.

Powodem było niewystarczające,

jednozdaniowe uzasadnienie decyzji,

do którego dotarliśmy:

"Nadal jest obecna obawa matactwa

ze strony oskarżonego".

I tylko tyle.


- Nie wiadomo, na jakich podstawach sędzia oparł przypuszczenie o obawie matactwa, nie wiadomo, dlaczego nie można było zastosować innych środków zapobiegawczych. Sędzia pominął w uzasadnieniu fakt, że podejrzany przyznał się do winy oraz to, że akt oskarżenia w tej sprawie w międzyczasie trafił już do sądu - tłumaczy Roman Makowski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gorzowie.

Zdaniem Makowskiego, uzasadnienie, którego autorem był podobno jeden z bardziej doświadczonych gorzowskich sędziów, zostało napisane nieprofesjonalnie.

Gdy jeden sąd odsyłał drugiemu uzasadnienie do poprawki, skończył się poprzedni areszt Grzegorza G. i 19-latek musiał wyjść na wolność. I właśnie na wolności zamordował 17-letnią Edytę. We wtorek wrócił za kratki.



Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Szef ABW chwalił się,

że areszt Blidy ma w kieszeni?



Prywatne koneksje ABW i sprawa Blidy

Na czyją życzliwość w katowickim sądzie l
iczyli organizatorzy tragicznego w skutkach
zatrzymania Barbary Blidy?

- zastanawia się "Newsweek".


Według informacji "Newsweeka" podczas zamkniętego posiedzenia komisji ds. służb specjalnych były minister spraw wewnętrznych i administracji

Janusz Kaczmarek zeznał,
że szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Bogdan Święczkowski j
eszcze przed operacją zatrzymania Barbary Blidy
przechwalał się, iż ma gwarancję
aresztu dla byłej pani minister.

Areszty zatwierdza sąd,
więc jak Święczkowski mógł być tego pewien?

Nie po to zmienialiśmy ludzi w sądzie,
żeby teraz jej nie aresztowali
- miał stwierdzić szef ABW.

Decyzją ministra Zbigniewa Ziobry
prezesem Sądu Okręgowego w Katowicach
w lutym tego roku została sędzia Monika Śliwińska.

Jej mężem jest kapitan Rafał Śliwiński,
od października 2006 roku
szef katowickiej delegatury ABW.

Śliwiński był zaangażowany w akcję przeciwko Blidzie
- jego nazwisko pada np.
w protokołach z przesłuchań prokuratorów
zaangażowanych w śledztwo.


Prokurator Tomasz Balas mówił np. o naradzie w grudniu 2006 roku w Warszawie, na której byli Śliwiński i Święczkowski. Sędzia Monika Śliwińska zaczynała jako sędzia Sądu Rejonowego w Sosnowcu. Także w Sosnowcu szlify prokuratorskie zdobywał Święczkowski. Przesłaliśmy sędzi Śliwińskiej następujące pytania: Czy zna osobiście szefa ABW? Kiedy jej mąż poznał Święczkowskiego? Czy przed akcją w sprawie Blidy pani sędzia rozmawiała na ten temat ze Święczkowskim, swoim mężem lub jakimkolwiek innym przedstawicielem organów ścigania? Sędzia Śliwińska nie odpowiedziała na pytania "Newsweeka". Przysłała za to oświadczenie: "Oświadczam, że wszelkie przypadki włączenia mojej osoby w doraźne rozgrywki polityczne uważam za zachowania niegodne. Sądzę, że swoją uczciwą pracą i postawą zdobyłam zaufanie kolegów i współpracowników i zasłużyłam na ich szacunek i dlatego sprzeciwiam się wykorzystywaniu mojego dobrego imienia i manipulowaniu faktami w działaniach politycznych, w których nie zamierzam uczestniczyć". Jakie fakty zostały zmanipulowane? Tego nie napisała. Andrzej Stankiewicz

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

(Newsweek)

2007-08-26

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Myśliwy oskarżony z powodu breloczka z laserem

Marcin Kowalski

2007-02-12, ostatnia aktualizacja 2007-02-12 22:13:25.0

Ryszard Derol w ciągu ostatnich pięciu lat przesiedział na ławie oskarżonych prawie 50 godzin.

Wszystko z powodu wartego pięć złotych laserka, kupionego na straganie od Wietnamczyka

Laserek-breloczek trochę przypomina nabój, a trochę minilatarkę. Jest plastikowy i pozłacany. Można go kupić na każdym bydgoskim targowisku.

Zdaniem Janusza Boruckiego, prokuratora rejonowego w Świeciu, Ryszard Derol - emerytowany sierżant Wojska Polskiego i zapalony myśliwy - przy pomocy tego "urządzenia" upolował prawie 40-kilogramowego dzika.

Postawił bydgoszczaninowi zarzut "kłusowania przy sztucznym świetle", za co grozi pięć lat odsiadki.


Styczeń 2002. Derol jedzie polować na dzika. Bierze ze sobą sztucer i własnoręcznie sklecone urządzenie: przedwojenny celownik z przyklejonym taśmą izolacyjną złotym laserkiem.Tak tłumaczy zasadę działa wynalazku: - Jestem złotą rączką. Z nudów wymyśliłem ten przyrząd, na wypadek, gdyby mi się w sztucerze przestawiły ustawienia celownika. Wystarczy, że fuzja upadnie na ziemię, a celownik już zwichrowany. W takim przypadku machina z laserkiem miała tylko posłużyć za wzorzec ustawień.Sierżant wrócił z upolowanym dzikiem do Bydgoszczy. Pech chciał, że zapomniał wziąć z leśniczówki celownika z lampeczką. Znaleźli go tam inni leśnicy i orzekli, że to laser, który służy kłusownikom do zabronionego naprowadzania zwierzyny na strzał za pomocą wiązki światła. Dostarczyli laserek świeckim policjantom, a ci - prokuratorowi Boruckiemu.- Odciski palców pobrali, zdjęcia mi zrobili, a potem przesłuchali - opowiada Derol. - To szok dla mnie i dla rodziny. Tłumaczyłem prokuratorowi tysiąc razy, że to żaden laser, tylko lampeczka z bazaru. Zarzekałem się, że celownik z przedwojennej fuzji nie pasuje na żaden z moich sztucerów. Wszystko na nic. Oskarżył mnie, jak jakiegoś bandziora.Jesień 2003. Przed świeckim sądem rozpoczyna się proces Derola. Prokurator mięknie: już nie zarzuca myśliwemu kłusownictwa, tylko posiadanie sprzętu, który może do kłusownictwa posłużyć. Jak pisze w uzasadnieniu aktu oskarżenia: "samo przechowywanie takiego urządzenia jest przestępstwem".Sąd, żeby wydać wyrok, musi rozstrzygnąć, co to jest laser. W aktach sprawy znalazły się więc np. takie informacje: "Podstawy teoretycznie wymuszonej emisji lasera opisał Albert Einstein w 1917 roku". Albo: "Obecnie wyróżniamy lasery krystaliczne, gazowe, barwnikowe i półprzewodnikowe".Powołano też biegłych, m.in. z Komendy Głównej Policji. Ci orzekli jednoznacznie: "Nie było możliwości umieszczenia celownika z urządzeniem przymocowanym taśmą izolacyjną na broni posiadanej przez oskarżonego".Lipiec 2004. Zapada pierwsze postanowienie świeckiego sądu: sprawę umorzyć, ale przy uznaniu winy Derola; laserek i celownik komisyjnie zniszczyć.I myśliwy, i prokurator odwołują się od tej decyzji.Miesiąc później Sąd Okręgowy w Bydgoszczy stwierdza: świecki skład orzekający popełnił rażące błędy. I nakazuje wrócić sprawę do ponownego rozpatrzenia.Październik 2005, drugi wyrok świeckiego sądu: sprawę umorzyć, laserek komisyjnie zniszczyć, lunetę oddać Derolowi.Myśliwy znów składa zażalenie w bydgoskim Sądzie Okręgowym.Marzec 2006: apelacja zostaje uwzględniona, sprawa po raz trzeci wraca do Świecia.Końca sporu nie widać. 6 marca Derol 21. raz zasiądzie na ławie oskarżonych, na której - jak z nudów obliczył - przesiedział już prawie 50 godzin. Być może przełomem w sprawie będzie reportaż telewizyjny o przypadkach bydgoskiego myśliwego, który we wtorek o 21.05 w programie TVP2 wyemituje "Ekspres Reporterów". Jeden z bohaterów filmu, prof. Stefan Kruszewski, fizyk z UTP, sława nie tylko krajowa w dziedzinie laserów, wyśmiał prokuratora ze Świecia: - Pan Derol zrobiłby większą szkodę dzikowi łapką na myszy, a nie tą latareczką, mającą moc jednego miliwata. To tak, jakby rzucał w lochę ziarenkiem pieprzu. Poważnie mówiąc, przy tak małej mocy, światło z tej latarki się rozprasza. Myśliwy, nawet używając tego laserka, nie widziałby, czy celuje do dzika, czy do liścia. Zarzuty są więc kompletnie chybione.Prokurator Borucki: - Nawet wejście do lasu z tym laserkiem jest przestępstwem. Prędzej czy później potwierdzi to sąd.

Marcin Kowalski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Studenci w sądzie za noszenie mundurów MO

Marcin Sztandera

2007-03-02, ostatnia aktualizacja 2007-03-02 19:02:51.0

Sukces kieleckiej policji.

Na ławie oskarżonych zasiadło trzech studentów, którzy ubrali się w stare mundury milicyjne i radziecki hełmofon. Grozi im za to nawet areszt.W ostatni weekend listopada spotkało się trzech studentów informatyki. Postanowili ubrać się w kupione na giełdzie staroci rzeczy. Jeden w marynarkę z milicyjnymi patkami i stalowy hełm z napisem MO, drugi w marynarkę i starą czapkę milicyjną, a trzeci założył radziecki hełmofon. Tak ubrani wyszli wieczorem na miasto. Robili sobie zdjęcia, poszli na zakupy do sklepu przy kieleckim Rynku. Gdy wracali do domu, zatrzymał ich radiowóz.

- Na komisariacie policjanci

najpierw nie wiedzieli,

jaki zarzut nam formalnie postawić,

a po jakimś czasie usłyszeliśmy,

że nosimy mundury, do których nie mamy prawa

- opowiadają.


Po przesłuchaniu, już bez mundurów, wrócili do domu. Sprawą zajął się sąd grodzki, bo policja oskarżyła ich o wykroczenie. Groziła im grzywna do 1 tys. zł lub kara nagany. Studenci na rozprawie nie zaprzeczali, że założyli fragmenty mundurów. - Ale nie czujemy się winni. Przecież w ten sposób trzeba by zamknąć wszystkich studentów, którzy w juwenalia przebierają się za milicjantów - mówili. Policjanci, którzy ich zatrzymali, twierdzili jednak, że mundury były bardzo podobne do używanych obecnie i mogły wprowadzać ludzi w błąd. Na wczorajszą rozprawę sędzia Anna Jermak zażądała okazania mundurów. Najwięcej wątpliwości wzbudziły marynarki. - Przewodnicząca stwierdza, że oba mundury poza patkami i pagonami są identyczne z mundurem, który miał na sobie oskarżyciel publiczny [oficer policji - red.] i który jest nadal w użyciu policji - opisywała sędzia Jermak. Nie zgodzili się z tym oskarżeni. Podkreślali, że ich marynarki mają m.in. inne guziki niż używane przez policję. - Jest na nich orzeł bez korony, a powinien być w koronie - argumentowali studenci. Sędzia poprosiła o podejście policjanta i obejrzała guziki przy jego mundurze. Okazało się, że orzeł jest bez korony. - Może mundur jest nieregulaminowy - zastanawiali się studenci. Potem skrupulatnie opisywali różnice pomiędzy czapką milicyjną i policyjną.

Nieoczekiwanie policjant wystąpił

o zmianę kwalifikacji czynu

wobec dwóch studentów,

którzy mieli na sobie marynarki.

Chce, by odpowiadali za wykroczenie

z artykułu mówiącego,

że "kto ustanawia, wytwarza,

rozpowszechnia publicznie, używa lub nosi:

godło, chorągiew albo inną odznakę lub mundur,

co do których został wydany zakaz,

albo odznakę lub mundur

organizacji prawnie nie istniejącej,

albo odznakę lub mundur,

na których ustanowienie lub noszenie

nie uzyskano wymaganego zezwolenia,

podlega karze aresztu albo grzywny".

- To przestaje być śmieszne,

zamiast grzywny grozi nam areszt.


Policji bardzo zależy na skazaniu nas, a my chyba zbyt lekko podeszliśmy do tej sprawy - mówi jeden z oskarżonych. Cała trójka zastanawia się, jak postąpić przed kolejną rozprawą wyznaczoną na 23 marca. - Może poszukamy adwokata albo jakiegoś biegłego, który udowodni, że to nie są mundury policyjne, tylko części ubiorów milicyjnych. Ale to kosztuje - zastanawiają się studenci. Swoją bezpłatną pomoc już zaoferował Stanisław Szufel, dziekan kieleckiej rady adwokackiej. - Chętnie im pomogę. To przecież śmieszna sytuacja, która powinna się skończyć już na komisariacie co najwyżej pouczeniem. Ale tu widać zastosowanie niewspółmiernych środków w błahej sprawie. Policja powinna się chyba zająć czymś poważniejszym - uważa. To nie pierwsza taka jego sprawa. Kiedyś pomógł już Radkowi Faliszowi, uczniowi, który trafił do aresztu za podrobienie legitymacji szkolnej.

Dlaczego policja tak gorliwie ściga studentów?

- Nie możemy tolerować łamania prawa.

A w tym wypadku to było wykroczenie
i studenci nie mogą się tłumaczyć
nieznajomością prawa

- argumentuje Małgorzata Sałapa-Bazak,

rzecznik prasowy

Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach.

Marcin Sztandera


Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

________________________________

LECH WAŁESA

przeciwko KRZYSZTOF WYSZKOWSKI

o ochronę dóbr osobistych i zapłatę


http://www.policyjnyserwisinformacyjny.fora.pl/viewtopic.php?p=4641#4641

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Nic tylko kraść !

Przekręcone 2,5 mln zł - wyrok , rok w zawieszeniu .

Były wojewoda usłyszał wyrok w zawieszeniu


Dorota Steinhagen, Marek Mamoń

2007-03-09, ostatnia aktualizacja 2007-03-09 22:20:19.0


Rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata
i dwuletni zakaz zajmowania
kierowniczych stanowisk
w spółkach skarbu państwa
- taki wyrok zapadł w procesie Jerzego G.


Obecny wiceprezes Częstochowskiego Przedsiębiorstwa Komunalnego sądzony był za prywatyzację Komobeksu.

W 1994 r., jako wojewoda częstochowski,
Jerzy G. sprzedał to przedsiębiorstwo
nieznanej częstochowskiej spółce Pinex,
należącej do Krzysztofa L.

Cena miała wynieść 2,5 mln zł,
ale spółka zapłaciła tylko 950 tys. zł
- i to nie z własnych,
lecz z pieniędzy Komobeksu.

Pięć lat po zmianie właściciela Komobex upadł.


W drugiej połowie lat 90. zaczęło się mówić o nieprawidłowościach przy jego prywatyzacji. W 2003 r. prokuratura sporządziła akt oskarżenia: przeciwko byłemu wojewodzie - o niedopełnienie obowiązków i niedostateczną dbałość o interesy skarbu państwa - oraz Krzysztofowi L. Wczoraj Jerzy G. został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, dwuletni zakaz sprawowania funkcji kierowniczych w spółkach skarbu państwa i grzywnę. Krzysztof L. - na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz grzywnę. Wyrok jest nieprawomocny, obaj skazani zapowiadają apelację. Czy w tej sytuacji Jerzy G. może pozostać szefem CzPK, instytucji ważnej dla miasta? Nie jest to spółka skarbu państwa, poza tym ustawa zakazująca samorządom zatrudniania osób skazanych nie dotyczy spółek komunalnych. Czyli może. A czy powinien? Do tej pory Tadeusz Wrona nie chciał rozmawiać o sprawie Jerzego G. - Nie ma wyroku - powtarzał. Teraz wyrok jest. - Wiceprezes CzPK oddał się do dyspozycji Rady Nadzorczej i Organu Właścicielskiego - informuje Ireneusz Leśnikowski, rzecznik prezydenta. - Na najbliższym posiedzeniu rada rozpatrzy jego rezygnację. Prezydent bardzo dobrze ocenia pracę wiceprezesa w spółce, jednak z uwagi na zaistniałe okoliczności oczekuje przyjęcia rezygnacji.

Dorota Steinhagen, Marek Mamoń

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Sosnowiec: cała rodzina
oskarżona o molestowanie


Marcin Pietraszewski

2007-03-12, ostatnia aktualizacja 2007-03-13 07:54:05.0

Ojciec, babcia, dwie ciotki
oraz dwóch wujków
- wszyscy zostali oskarżeni
o molestowanie dwulatka.


Sosnowiecki sąd odrzucił jednak akt oskarżenia w ich sprawie. - Śledczy zostali wykorzystani w wojnie pomiędzy rodzicami chłopca - twierdzi Helsińska Fundacja Praw CzłowiekaKoszmar rodziny Kowalskich z Sosnowca rozpoczął się w 2001 r., kiedy rodzice mającego wtedy niewiele ponad dwa lata Patryka postanowili się rozstać. Podczas separacji jego ojciec nie ukrywał przed matką, że przez Gadu-Gadu kontaktuje się z innymi kobietami. Mamę Patryka doprowadzało to do szału. Kobieta zgłosiła się więc do prywatnego instytutu, gdzie stwierdziła, że podejrzewa, iż ojciec molestuje syna. Dowodem miały być ślady nacisku na stopach dziecka, sińce na karku oraz otarcia w okolicach odbytu. Patryk został przebadany przez lekarza, który stwierdził, że faktycznie mogą to być ślady po kontaktach seksualnych, "jednak biorąc pod uwagę ich powierzchowność, nie można wykluczyć innych okoliczności ich powstania".Psycholog z prywatnego instytutu, opierając się na opisie medycznym i rozmowie z Patrykiem, wydała opinię sugerującą, że do molestowania seksualnego jednak dochodziło. Uzasadniła to m.in. tym, że chłopiec boi się usiąść na nocniku, skarży się na bóle brzucha, a po wizytach ojca ma skoki temperatur. Za napisanie tej opinii zapłaciła matka chłopca. Na podstawie tego dokumentu sąd rodzinny odebrał ojcu Patryka prawa rodzicielskie.Matka oskarżyła babcię Następnie sprawą zajęła się prokuratura. Najpierw w kręgu zainteresowania śledczych znalazł się wyłącznie ojciec Patryka. Ale kiedy babcia wystąpiła do sądu o widzenia z wnukiem, mama Patryka zawiadomiła śledczych, że ona też gwałciła chłopca. Następnie z kobietą próbowali rozmawiać wujkowie Patryka, więc ich także oskarżyła o molestowanie. To samo miały robić ich żony, czyli ciotki chłopca.Mieszkania rodziny Kowalskich zostały przeszukane przez policję. Szukano w nim materiałów o charakterze pedofilskim, nic jednak nie znaleziono. Policyjny psycholog przesłuchał też dzieci wujków Patryka. Według matki chłopca one też były wykorzystywane. Psycholog to jednak wykluczył.Mimo to rok temu sosnowiecka prokuratura oskarżyła ojca, babcie, dwie ciotki i dwóch wujków o wielokrotne gwałcenie mającego niewiele ponad dwa lata Patryka. Oskarżenie oparto na opinii biegłej, która pracuje w prywatnym instytucie, z pomocy którego wcześniej korzystała matka Patryka.Kowalscy czują się zaszczuci - Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego prowadzący sprawę dokonał takiego wyboru - stwierdziła w poniedziałek prokurator Katarzyna Paluch, szefowa Prokuratury Rejonowej w Sosnowcu. Przyznała jednak, że wcześniej śledztwo było dwukrotnie umarzane. - Mama chłopca pisała jednak skargi i przynosiła do nas różne dokumenty. W końcu uznaliśmy, że materiał dowody pozwala stawiać zarzuty - mówiła Paluch.Sosnowiecki sąd uznał jednak akt oskarżenia za niewiarygodny i zwrócił go prokuraturze. Śledczy otrzymali polecenie sporządzenia nowej opinii. Tym razem ma ją przeprowadzić niezależny ośrodek. - Jeżeli nowa opinia będzie korzystna dla oskarżonych, to sprawa zostanie umorzona - zapowiada szefowa prokuratury.

Kowalscy czują się zaszczuci
działaniami prokuratury.

- Na własnej skórze przekonaliśmy się,
że w tym kraju można
wszystkich oskarżyć o wszystko - mówią.


Zmieniliśmy nazwisko oskarżonej rodziny
oraz imię chłopca

Marcin Pietraszewski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Sąd od trzech lat prześladuje niewinnego człowieka

(Polskapresse)

Gdyby ktoś zechciał nakręcić film o Krzysztofie Jasińskim z Jaworzna, zarobiłby fortunę. Ten 35-letni kucharz z Jaworzna ma rozpocząć odsiadkę wyroku za niepłacenie alimentów - zdecydował Sąd Rejonowy w Katowicach. Rzecz w tym, że prawdziwy alimenciarz Krzysztof Jasiński pochodzi z Malborka, ma 40 lat, jest szlifierzem i wszelki ślad po nim zaginął. Jasiński z Jaworzna ma 10-letniego syna, żonę i nigdy nie był karany. Gdy dwa tygodnie temu odebrał wezwanie z Sądu Rejonowego w Katowicach, zdębiał. 13 marca 2006 r., miał się stawić na posiedzenie w charakterze skazanego "w sprawie wykonania kary pozbawienia wolności". W rozmowie z nami zapowiedział, że się stawi. Trzy dni temu był u Jasińskiego dzielnicowy z Jaworzna. Dlaczego nie odbiera pan wezwań? - zapytał. Na temat Jasińskiego pogadał też z sąsiadami. Następnego dnia do Jasińskiego przyjechała Marzena Brodalka, kurator dla dorosłych z sądu w Jaworznie. Zajrzała do dokumentów. Fatalna pomyłka - przyznała. Ta sprawa od trzech lat wisi nad mieszkańcem Jaworzna jak przekleństwo. Po raz pierwszy policjanci pojawili się w drzwiach jego mieszkania w maju 2004 r. Zakuli go w kajdanki i wywlekli z domu. Przemaszerowali tak przez całe osiedle, wsadzili Jasińkiego do radiowozu i zawieźli na komendę. Gdy okazało się, że szukali kogoś innego, przeprosili. Dali też Jasińskiemu numer telefonu do prokuratora w Tczewie. Niech pan dzwoni i wszystko wyjaśni - poradzili. Dlaczego miał dzwonić do Tczewa? Bo tamtejsza prokuratura od dawna poszukuje Krzysztofa Jasińskiego, urodzonego w Malborku. W maju 2004 r. został on skazany na pół roku w zawieszeniu na 3 lata i dozór kuratora. Miał też spłacić 2 tys. zł zaległych alimentów. Tyle, że... zniknął. Wiadomo tylko, że ostatnio mieszkał w Katowicach. Komu Krzysztof Jasiński z Jaworzna zawdzięcza całe to upokorzenie? Trzy lata temu zawalili śląscy policjanci. Kiedy tczewska prokuratura rozesłała za prawdziwym alimenciarzem list gończy, policja namierzyła człowieka o identycznym nazwisku - w Jaworznie. Teraz skompromitował się katowicki sąd rejonowy. Błąd popełnił asystent sędziego, który wysłał zawiadomienia na wszystkie adresy Krzysztofa Jasińskiego podane w aktach - przyznaje Joanna Sienkiewicz-Bitka, wiceprezes Sądu Rejonowego w Katowicach. Według niej, asystent "nie wgłębił się w meritum sprawy, nie czytał akt". Sędzia Sienkiewicz-Bitka przeprasza i zapewnia, że w jej sądzie powtórnej pomyłki już nie dojdzie. Ale za inne sądy ręczyć nie może. Krzysztof Jasiński ma dość. Już mnie w tej sprawie przeproszono. Teraz zażądam odszkodowania, bo pewnie nigdy się od tego nie uwolnię - zapowiada. Jestem porządnym człowiekiem. Nigdy nie byłem karany - mówi Jasiński. Dwa tygodnie temu został wezwany przez XX wydział wykonywania orzeczeń Sądu Rejonowego w Katowicach do stawienia się na posiedzenie w charakterze skazanego "w sprawie wykonania kary pozbawienia wolności". Termin wyznaczono na 13 marca. Jasiński przypomniał sobie horror sprzed trzech lat. W maju 2004 r. policjanci bez słowa wyjaśnienia zakuli go w kajdanki i zawieźli na komendę. To było straszne. Pytałem o co chodzi, ale nie chcieli ze mną rozmawiać. Traktowali mnie jak przestępcę, a ja próbowałem sobie przypomnieć, co złego mogłem zrobić - wspomina. Spisali jego dane, zaczęli sprawdzać. Zgadzało się imię, nazwisko, imię ojca. Ale reszta już nie: inna była data urodzenia, inne imię matki, inny pesel. Bo Krzysztof Jasiński, którego policjanci szukali, urodził się w 1967 r. w Malborku, wychował pod Tczewem i jest szlifierzem. Ostatnio mieszkał w Katowicach. Odkryli, że to nie mnie szukali - wzdycha Jasiński. Potem były wielkie przeprosiny: policjanci przeprosili i Jasińskiego, i jego żonę. Przeproszony za pomyłkę, o wszystkim zapomniał. Przypomniał sobie 20 lutego, kiedy zobaczył wezwanie do odsiadki. Wziął więc urlop i pojechał do sądu. Okazało się, że znowu chodzi o jego imiennika, Krzysztofa Jasińskiego z Warmii. Tamten w 2004 r. został skazany na pół roku więzienia za niepłacenie alimentów na nieślubnego syna, który mieszka z matką w Tczewie. Jacek Sowa, rzecznik policji w Jaworznie, twierdzi, że przed trzema laty to nie policja się pomyliła. My musimy wykonywać polecenia sądu, czyli dostarczyć wezwanie - mówi. Nie weryfikujemy informacji. Trudno pamiętać, co się zdarzyło kilka lat temu. Rafał Ryś, wiceprezes Sądu Rejonowego w Tczewie, który skazał Jasińskiego, mówi, że akta sprawy zostały wysłane do Sądu Rejonowego w Katowicach w styczniu 2006 r. Pod koniec września prosiliśmy o zwrot akt, ale do dzisiaj nie dostaliśmy odpowiedzi. Jak doszło do pomylenia skazanych? Tego Ryć nie wie i odsyła do sądu w Katowicach. W katowickim sądzie biorą winę na siebie. Wiceprezes Sądu Rejonowego w Katowicach Joanna Sienkiewicz-Bitka przyznaje: w aktach jest informacja, że w 2004 r. zatrzymano Krzysztofa Jasińskiego z Jaworzna. Przez pomyłkę, którą potem wyjaśniono. Był poszukiwany przez policję w całym kraju. W ten sposób trafiono na Jasińskiego z Jaworzna - tłumaczy. I dodaje, że wszystko przez bezmyślność asystenta sędziego, który "wysłał zawiadomienia na wszystkie adresy Krzysztofa Jasińskiego podane w aktach". Prawdziwy alimenciarz Krzysztof Jasiński po wyroku rozpłynął się we mgle. Nie uczestniczył w ani jednym spotkaniu z kuratorem, nie zapłacił alimentów. Ostatnim znanym adresem jego zamieszkania były Katowice, więc wykonaniem postanowienia sądu w Tczewie zajął się sąd w Katowicach. Krzysztof Jasiński zamierza przyjść do sądu i jeszcze raz wszystko wyjaśnić. Sędzia Sienkiewicz-Bitka: Mogę zagwarantować panu Jasińskiemu, że w tej sprawie pomyłki już nie będzie, ale nie dam mu gwarancji, że sąd w innym mieście nie zrobi podobnego błędu. Mogę napisać na okładce akt odpowiednią adnotację, ale to wszystko - dodaje. Dr Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka uważa, że w tej sprawie naruszono dobra osobiste niewinnego człowieka. Błędy tego typu pojawiają się w polskich sądach z różnych powodów. Tutaj pomylił się człowiek, a konsekwencje dla niesłusznie oskarżonego są strasznie nieprzyjemne - ocenia. Wiceprezes Sienkiewicz-Bitka zapewnia: Jasiński otrzyma przeprosiny na piśmie i ustne od prezesa sądu.

Izabela Kacprzak

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-03-14 (08:26)

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Sędzia pobił 13-latkę,
bo bawiła się pod jego blokiem?


(PAP)

Prokuratura w Kaliszu wszczęła śledztwo
ws. rzekomego użycia przemocy
wobec 13-letniej dziewczynki
przez jednego z sędziów miejscowego
Sądu Okręgowego.

Dziecko bawiło się pod blokiem,
w którym mieszka Tadeusz S.

Sędzia miał dognić dziewczynkę,
odebrać jej piłkę, spoliczkować
i uderzyć ręką w brzuch.

Z relacji matki 13-letniej dziewczynki,
która zgłosiła rzekome pobicie na policji
zaraz po zdarzeniu, wynika,
że sędziego rozzłościła
grupa bawiących się dzieci.

Mężczyzna miał wybiec z domu
i używając wulgarnych słów,
odebrać dziewczynce piłkę.

Później dwukrotnie ją uderzył.


Rzecznik prasowy miejscowej Prokuratury Okręgowej Janusz Walczak poinformował, że przesłuchano już tej sprawie dziewczynkę i jej koleżanki oraz sędziego. Walczak zaznaczył, że "z uwagi na osobę sędziego", kaliska prokuratura wystąpiła o przekazanie śledztwa innej prokuraturze, spoza okręgu kaliskiego. Rzecznik przypomniał, że sędziego chroni immunitet. Dodał jednak, że gdyby doszło do postawienia zarzutu, będą podjęte działań pozwalających na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności karnej.

(zel)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-03-15

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Sędzia kupiony za kiełbasę

Grzegorz Broński

Dwie butelki wódki i bombonierka
– za taką cenę przedsiębiorca z Bielska-Białej,
który oszukał Skarb Państwa na sto tysięcy złotych,
załatwił sobie u sędziego bezkarność.

W Suwałkach podsądni kupowali sędziego za szynkę,
wędzoną kiełbasę i słoiki z miodem.

Na Dolnym Śląsku sędzia wypuścił gangstera
w zamian za darmowe wizyty w agencji towarzyskiej.

Stan polskiego wymiaru sprawiedliwości szokuje.

Tymczasem w ciągu ostatnich sześciu lat
prawa do wykonywania zawodu pozbawiono w Polsce...
jednego sędziego.


Więcej

Gazeta Polska

19 marca 2007

Więcej

http://www.policyjnyserwisinformacyjny.fora.pl/viewforum.php?f=1

__________________________________________________

Sąd: czy molestowana odczuwała krzywdę?

Marcin Pietraszewski, Katowice

2007-03-23, ostatnia aktualizacja 2007-03-23 07:17:38.0

Upośledzone kobiety można
wykorzystywać seksualnie,
bo nie rozumieją, co się z nimi dzieje?


Sprawa dotyczy 22-letniej Moniki, uczennicy Zespołu Szkół Specjalnych w Katowicach. Dziewczyna jest upośledzona umysłowo. Nie czyta, nie pisze, zna tylko kilkanaście słów. Jej rozwój intelektualny zatrzymał się na poziomie trzyletniej dziewczynki. Sześć lat temu w szkole doszło do skandalu. Monikę i kilka jej koleżanek molestował wuefista. Zmuszał je m.in. do seksu oralnego. Z 16-letnią wówczas Moniką miał także współżyć. We wrześniu 2005 r. wuefista został skazany za to na siedem lat więzienia, dożywotnio stracił też uprawnienia nauczycielskie.Mama Moniki domaga się teraz odszkodowania za krzywdy, których córka doznała w szkole. W sądzie złożyła pozew przeciwko prezydentowi Katowic (szkoła specjalna podlega bowiem miastu).Żąda 150 tys. zł, by - jak tłumaczy - uprzyjemnić życie skrzywdzonej córce.Sąd ma stwierdzić

<><><><><><><><><><><><>
<><><><><><><><><><><><>

Pijana prokurator miała sześć promili

i została okradziona


jas, IAR 2008-03-13, ostatnia aktualizacja 2008-03-13 15:46:53.0

Prawie sześć promili alkoholu w organizmie

miała prokurator z Lubania

okradziona w pociągu Wrocław-Olszyn.


Złodziej dzisiaj usłyszał zarzuty kradzieży dokumentów.

Przyznał się do zarzutów i dobrowolnie poddał karze

roku więzienia w zawieszeniu.

Sama imprezowa prokurator trafiła na oddział ostrych zatruć,

zawieszono ją już w obowiązkach,

a przełożeni zlecili kontrolę wszystkich śledztw,

które prowadziła w ostatnich miesiącach.

Czeka ją też postępowanie dyscyplinarne.

25 letni mężczyzna, który ją okradł

zostanie skazany w trybie przyśpieszonym.

Kobieta została okradziona dwa dni temu

w pociągu między Obornikami Śląskimi a Żmigrodem.

Podczas zajścia miało dojść rzekomo do próby gwałtu,

ale na razie takich zarzutów mieszkańcowi Nysy nie postawiono.


jas, IAR

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

<><><><><><><><><><><><>
<><><><><><><><><><><><>


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paweł dnia Pią 0:25, 25 Kwi 2008, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum o przestępcach w policyjnych mundurach Strona Główna -> Policja V RP Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin