Forum o przestępcach w policyjnych mundurach Strona Główna o przestępcach w policyjnych mundurach
Policyjny Serwis Informacyjny
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Służby specjalnej troski : okradzione ABW

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum o przestępcach w policyjnych mundurach Strona Główna -> Policja V RP
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paweł




Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 1145
Przeczytał: 2 tematy


PostWysłany: Pon 16:27, 05 Lut 2007    Temat postu: Służby specjalnej troski : okradzione ABW

><>><>><<><<>><>>><>><<><<>

Tak się bawi! Tak się bawi! ABW!!!

MH | 21.11.2009 (957)

Zgodnie z obietnicą złożoną naszym Czytelnikom, wracamy do sprawy przeszukania przez ABW biura zarządu Spółki Akcyjnej „Super-Nowa”, wydawcy naszej gazety oraz siedziby spółki „Eureka” mieszczących się w Bielsku-Białej, przy ulicy Batorego. Po rozmowie z Panią Prezes, rozmawiamy z jej współpracownikami. Słuchając tych dramatycznych relacji, włos na głowie staje dęba. Czy funkcjonariusz ABW może kazać wyważać drzwi człowiekowi, który ma… zerwane więzadła, a dowodzący akcją zabronić sprawdzania dokumentów człowieka podejrzewanego o liczne przestępstwa?
17 listopada, pracownicy przyszli jak zwykle rano. Na zegarze wybiła godzina 8. Niektórzy nie zdążyli nawet zaparzyć codziennej, porannej kawy.
– Tuż po godzinie 8. do naszej siedziby wkroczyli funkcjonariusze ABW. Okazali legitymacje, zażądali od pracowników dowodów osobistych, które… następnie zarekwirowali. Przy czym nie wyjaśnili powodu sprawdzenia tożsamości ani zabrania nam dokumentów, tylko zeszli na parter do siedziby pani prezes – relacjonuje jedna z pracownic, Agata Bąk. – Czynności operacyjne jednostek ABW trwały do godziny 13.30. Do tego czasu pracownicy Eureki i Super-Nowej nie mogli przystąpić do swoich codziennych obowiązków. Po zakończeniu prac ABW podpisaliśmy się na protokole i dopiero wtedy otrzymaliśmy z powrotem dowody tożsamości – kontynuuje Agata Bąk.

Kopnij w drzwi!

Można sobie jedynie wyobrazić, co czuje człowiek, który przyszedł do pracy, by realizować powierzone mu zadania, a tymczasem nie ma takiej możliwości, gdyż został jej pozbawiony przez uzbrojonych funkcjonariuszy, którzy na dodatek zabrali mu dokument tożsamości, nie informując, w jakim celu to robią! Przykre doświadczenia związane z ludzką psychiką i eksperymentami na niej, to jedno. A co powiecie Drodzy Czytelnicy na to, jak można zmusić człowieka do ciężkiego wysiłku fizycznego, pomimo, że ten głośno informował funkcjonariuszy ABW, iż nie jest w pełni sprawny fizycznie?
– Pan Tomasz Batory, dowodzący akcją, kazał mi otworzyć pomieszczenie piwnicy, nie zadając nawet pytania: do kogo ta piwnica należy? Odpowiedziałem mu, że nie mam kluczy. Funkcjonariusz się widocznie zdenerwował i powiedział, że oni muszą tam wejść. Oczywiście w asyście ABW poszedłem do biura Pani Prezes z zapytaniem, czy ma klucze, a ona odparła, że nie. To jeszcze bardziej wkurzyło funkcjonariusza. Kazał szukać numeru telefonu do sprzątaczki. Gdy szefowa oznajmiła, że nie ma tego numeru, funkcjonariusz bardzo się zdenerwował i podkreślił, że musi tam wejść. Ta nerwowa sytuacja udzieliła się Pani Prezes, która z kolei powiedziała obojętnym tonem: „to sobie wchodźcie i rozwalajcie”. Na ten sygnał (na który w moim odczuciu czekali) panowie zbiegli na dół i kazali mi… wyważyć drzwi. Powiedziałem, że nie mogę wykonywać żadnych czynności siłowych wykonywanych nogą, bo mam zerwane więzadła. Ten mój problem jednak ich nie zainteresował. Kazali wykonać polecenie. Kiedy drzwi były już rozwalone, okazało się, że nic tam nie ma, a klucze do piwnicy były w zamku od środka, gdyż piwnica ta jest w posiadaniu restauracji znajdującej się na parterze. Panowie, jak gdyby nigdy nic się nie stało, wrócili na górę – wspomina wciąż mocno zdenerwowany Krzysztof Piecha, pracownik Eureki.

Pamiętają Magdalenkę

Pan Krzysztof na własnej skórze, przekonał się też, co znaczy pełna inwigilacja. A wszystko za sprawą dowodu osobistego, którego akurat w tamtym dniu nie zabrał ze sobą do pracy.
– Funkcjonariusz ABW zażądał ode mnie odwodu osobistego. Gdy okazało się, że nie mam go przy sobie, chciałem pójść do samochodu, sprawdzić, czy nie został właśnie tam. W tym momencie zostałem poinformowany, że nie mogę sam opuszczać siedziby spółki. Zapytałem: dlaczego? Pracownik ABW odpowiedział: „Po wydarzeniach w Magdalence dmuchamy na zimne”. Poczułem się jak przestępca. Po chwili pracownik ABW dodał jednak, że mogę pójść do samochodu, ale tylko i wyłącznie w jego obecności. Grzecznie udałem się z nim na zewnątrz budynku, gdzie stał zaparkowany pojazd. Funkcjonariusz towarzyszył mi przez cały czas. Na miejscu okazało się, że również w samochodzie nie ma dowodu. W drodze wyjątku pozwolono mi bym zadzwonił do teścia, aby przywiózł mi wymagany dokument. Panowie z ABW eskortowali mnie na drugie piętro budynku przy ulicy Batorego, gdzie pracuję. Na miejscu byli pozostali pracownicy. Przyglądałem się, jak „przekopywano” kolejne regały i szafy z dokumentami. Nie mogłem pracować, bo wszystkie stanowiska pracy były zajęte przez funkcjonariuszy. Ba, nie mogłem nawet usiąść, bo zabrali wszystkie krzesła, w pozycji stojącej spędziłem więc kilka godzin. Zabronili mi wychodzić z pomieszczenia biurowego bez zgody funkcjonariusza, nie wolno mi było używać telefonu. W pewnym momencie udało mi się dosłownie uciec w stronę ubikacji, gdzie złapałem za telefon, by zadzwonić do teścia i zapytać, co z tym dowodem. Nie zauważyłem, ze za mną poszedł funkcjonariusz ABW, który nagle zaskoczył mnie, bo zza pleców usłyszałem: „A z kim pan rozmawia, chyba nie z Piotrowskim?”. To był dla mnie szok, po chwili rozłączyłem się, nie mogąc wykrzesać z siebie słowa. Nikomu nie życzę takich przeżyć, jakie mnie spotkały – dodaje pan Krzysztof.

„Dałabym w pysk!”

Agenci ABW mieli chyba jakąś obsesję na punkcie pana Marka Piotrowskiego, o czym można przekonać się słuchając relacji kolejnej osoby, z którą rozmawia SN. Magdalena Kozieł nie ukrywa zdenerwowania, wspominając 17 listopada 2009.
– Najgorszy z tych ludzi, którzy nas odwiedzili, czyli pan Tomasz Batory zaczął mi zadawać pytania o pana Piotrowskiego. Z początku niewinne, z czasem coraz bardziej bezczelne i aroganckie. Zapytał, czy go znam. Odpowiedziałam, że tak. „A kiedy widziała go pani ostatni raz?” Odparłam, że około tydzień temu w gabinecie Pani Prezes. Wtedy on zapytał: „jakie relacje łączą panią z panem Piotrowskim?”. Wkurzyłam się, bo w normalnych warunkach, za takie pytania facetowi powinno się dać w pysk! Na szczęście, w porę opanowałam emocje i odpowiedziałam, że żadne, podaję mu tylko kawę, jak przychodzi do biura Pani Prezes. Tu już nie chodzi o sposób jego zachowania jako funkcjonariusza. Po tym jego pytaniu, do dzisiaj się zastanawiam ile w panu Tomaszu Batorym jest z prawdziwego mężczyzny? – głowi się pani Magda.

Tomasz Batory: „Coś Ty się uczepiła Dariusza M.?”

Nas jednak najbardziej zainteresował ciekawy wątek, o którym nikt nie skrobnął ani słowa w protokole ABW. Pani Magdalena Kozieł wspomina to tak:
– Po jakimś czasie doszła zupełnie nowa osoba. Była to kobieta, która zabrała się za dosłowne „wertowanie” kartek w segregatorach. Zaczęła wyciągać dokumenty z nazwiskiem znanego z publikacji „Super-Nowej” Dariusza M. i co chwilę pytała dowodzącego akcją „pana Tomka” (Tomasza Batorego – przyp. red), czy to jest to, o co mu chodzi. Gdy zadała to pytanie po raz trzeci, ten nie wytrzymał i powiedział do niej: „coś Ty się tak uczepiła tego M. (przeciwko M. toczą się postępowania sądowe, dlatego nie ujawniamy jego nazwiska – przyp. red), jego nie i koniec!”. Moim zdaniem kompletnie nie wiedziała, na co ma zwracać uwagę, ale dziwnym trafem coś zawsze jej wskazywało na M. Być może jako jedyna chciała dojść do prawdy o panu M, ale przełożeni jej to uniemożliwili. Wielka szkoda – mówi Magdalena Kozieł.

Jak podsumować całe to zajście? Doskonale uczynił to nasz rozmówca, Krzysztof Piecha.
– Po prostu zostaliśmy na kilka godzin zatrzymani, straciliśmy wolność. Paranoja, a nie Agencja Bezpieczeństwa – mówi.

Super - Nowa

27 listopada 2009r.


><>><>><<><<>><>>><>><<><<>


CBA ściga szefa ABW;

Bondaryk ukrywa dochody?


2008-11-15 (02:00)

Szef CBA Mariusz Kamiński w liście do Donalda Tuska informuje go, że szef ABW Krzysztof Bondaryk "otrzymuje ze spółki pn. Polska Telefonia Cyfrowa wynagrodzenie znacząco przekraczające miesięczne pobory uzyskiwane przez niego w ABW, a funkcjonariuszom odmawia udzielenia żądanych informacji" - poinformowała "Gazeta Wyborcza".

Odkrycie, które opisuje Kamiński, to efekt trwającej od 14 marca 2007 r. kontroli majątku szefa ABW. Sama kontrola nie dziwi. CBA ma obowiązek badania oświadczeń majątkowych parlamentarzystów, urzędników państwowych i samorządowców. Ale sprawę Bondaryka CBA potraktowało wyjątkowo.

Najpierw pracowało przy niej dwóch agentów, ostatnio doszedł trzeci. Wykonali olbrzymią pracę. Zadali 396 pytań 198 instytucjom finansowym - 61 bankom, 43 domom maklerskim, 29 funduszom inwestycyjnym i 65 firmom ubezpieczeniowym. Pytali, czy Bondaryk lub jego żona ulokowali tam pieniądze. Musieli na to uzyskać taką samą liczbę zezwoleń sądu.

To, co znaleźli, pozwoliło Kamińskiemu oskarżyć Bondaryka o ukrywanie dochodów.


Chodzi o dużą - 1,5 mln zł - wypłatę,

którą Bondarykowi przyznano,

gdy odchodził z dyrektorskiej funkcji w PTC

(operator komórkowy Era) na stanowisko szefa ABW.


Bondaryk uważa, że "CBA przekracza zakres kontroli, bo prowadzi ją w zakresie, który zostanie objęty materią oświadczenia majątkowego dopiero w roku 2009 i obejmującego rok 2008".

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

(PAP)



><>><>><<><<>><>>><>><<><<>
><>><>><<><<>><>>><>><<><<>
* * *

Służby specjalnej troski :

CBA Grzegorz Postek

Grzegorz Postek – Dyrektor

biura operacyjnego w CBA .

- nasza klasa . pl pozuje do zdjęcia na skuterze.


http://img180.imageshack.us/img180/4872/grzegorzpostekcbafx9.jpg

Tajniacy z "Naszej-klasy"


Na portalu "Nasza-klasa" można znaleźć każdego,

nawet operacyjnych funkcjonariuszy CBA i policji.

Bezmyślni agenci do zdjęć zamieszczonych w internecie

pozują z żonami i dziećmi - znalazła ich "Rzeczpospolita".

Śledztwo dziennikarzy "Rz" nie było skomplikowane.

Do portalowej wyszukiwarki wpisali po prostu hasła

"centrum szkolenia policji"

i "Wyższa Szkoła Oficerska MSW w Legionowie".

Odpowiedzi nie brakowało.

A wewnątrz znajomi, aktualne zdjęcia

(nawet w rynsztunku bojowym),

a także informacje tajne:

który z oficerów ukończył kursy operacyjne

oraz techniki operacyjnej.

- O tym nie powinni wiedzieć nawet ich koledzy

- powiedział "Rz" zdziwiony oficer stołecznej policji.

CBA bez tajemnic



Dziennikarze nie skończyli na policji.

W wyszukiwarkę wpisali też nazwisko

Macieja Wąsika,

zastępcy szefa CBA.

Po chwili weszli na jego profil.

Wewnątrz był jego wiek, ukończone szkoły,

a nawet zdjęcia nowo narodzonego syna Tadka.

Jednak jeszcze ciekawsza jest lista jego znajomych.

Oprócz kolegów ze studiów na UW

(wśród których jest m.in. była posłanka PiS Małgorzata Gosiewska)

znalazł się tam także Grzegorz Postek.


Jest on dyrektorem biura operacyjnego w CBA - na profilu pozuje do zdjęcia na skuterze.Idąc od kontaktu do kontaktu dziennikarze poznali innych agentów, wielu prokuratorów, kolejnych policjantów.Godziny pracy"Rz" przeanalizowała także godziny, w których funkcjonariusze wklejają zdjęcia, okazało się, że w większości muszą to robić w trakcie pracy.Gazeta zapytała dyrektora gabinetu szefa CBA, czy zamieszczanie takich danych w sieci jest bezpieczne i nie kłóci się z zasadami pracy w służbach. Nadeszła odpowiedź: "Funkcjonariusze służb specjalnych wykonujący zadania operacyjne nie ujawniają w żadnej formie faktu służby w organach ścigania. To podstawowa zasada ich pracy, decydują o bezpieczeństwie" - odpowiedział Piotr Kaczorek z CBA.Bezcenne źródło informacjiKrzysztof Hajda z Komendy Stołecznej zapewnił, że przełożeni ostrzegają funkcjonariuszy, że umieszczanie takich danych w internecie może być niebezpieczne. - To może nawet zagrażać ich życiu. Na razie nie było sygnałów, że z powodu umieszczenia na portalu, coś stało się jakiemuś funkcjonariuszowi - dodał.Policjanci niejednokrotnie przyznawali, że z portalu "Nasza-klasa" korzystają, aby znaleźć przestępców.

Gazeta zadaje pytanie,

czy podobnie robią przestępcy.*


Na zdjęciu Grzegorz Postek, szef biura operacyjnego CBA na "Naszej-klasie"naszaklasa.pl

26 Lut 2008 r.

TVN 24

><>><>><<><<>><>>><>><<><<>
* * *

Służby specjalnej troski :

Informatyk z ABW jak Brudny Harry



Przed wrocławskim sądem

rozpoczął się w poniedziałek proces

Witolda T., pracownika Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego,

który w sierpniu zeszłego roku na parkingu przed Koroną

mierzył z pistoletu do kierowcy,

który kilka chwil wcześniej zajechał mu drogę.



W ostatni dzień sierpnia zeszłego roku mieszkaniec Kiełczowa Mariusz P. jechał do Castoramy na zakupy swoim mercedesem busem. Kiedy zjeżdżał z Psiego Pola "ślimakiem" na trasę warszawską w kierunku miasta zajechał drogę fordowi focusowi, w którym jechał 49-letni Witold T., od 18 lat informatyk w warszawskiej ABW. Razem z dwoma pasażerkami i dzieckiem jechał do znajomych do Żarowa. - Wjechał przede mnie tak ostro, że prawie zepchnął mnie na lewy pas. Bałem się, że moje auto wyleci z drogi, usłyszałem jakiś hałas i wydawało mi się, że chyba uszkodził mój samochód - opowiadał w poniedziałek przed sądem Witold T., który nie przyznaje się do winy. W tej części opowieści relacje oskarżonego i pokrzywdzonego są zbieżne. Witold T. zamiast do Żarowa pojechał za Mariuszem P. pod Castoramę. Potem ich zeznania zaczynają się różnić.- Migałem i trąbiłem, ale nie chciał się zatrzymać - mówi Witold T. - Myślałem, że może jest uciekającym przestępcą albo pił.- Zobaczyłem tego focusa dopiero na rondzie obok Korony - opowiada Mariusz P. - Dziwnie się zachowywał. Potem zajechał mi drogę, stanął w poprzek. Przestraszyłem się, że ktoś chce mnie napaść. Minąłem go, wjeżdżając na chodnik.Na parkingu przed Koroną Mariusz P. zrobił kilka kółek. Witold T. za nim. W końcu mercedes zatrzymał się i wtedy oskarżony podszedł do niego.

Widzieli to świadkowie.

- Siedziałem w aucie, kiedy on

machnął mi przed oczami jakimś papierem,

a potem, gdy wysiadłem,

wyjął pistolet i zaczął we mnie mierzyć.

Przeładował lufą w dół.

Zobaczyłem nabój.

Przeraziłem się, że mogę zginąć.

Wymierzył mi pistoletem w twarz.



- Nieprawda, lufę cały czas kierowałem w dół - zaprzecza oskarżony, który choć wtedy był na urlopie, pokazał Mariuszowi P. legitymację ABW. Pistolet glock był prywatny. - Chciałem go uspokoić, bo był agresywny - wyjaśnił. - Czułem się zagrożony, zrobił ruch w moją stronę, jakby chciał mi zerwać telefon z szyi.

Wokół mężczyzn zgromadzili się gapie.

Gdy dowiedzieli się, że Witold T. jest z ABW,

zaczęli krzyczeć, m.in.

"Kowboj!", "Brudny Harry!",

"Pie(..)ne kaczory,

wasza władza się niedługo skończy!"



. - To było dzień po tym, jak ABW zatrzymała byłego ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka. Odniosłem wrażenie, że ludzie nie tyle atakowali mnie osobiście, co przedstawiciela agencji - mówił przed sądem Witold T.Przyjechała policja. Policjanci zbadali obydwu panów alkomatem i pouczyli ich, że na drodze trzeba okazać więcej kultury. Mariusz P. poskarżył się prokuraturze, że pracownik ABW mu groził. Ta oskarżyła Witolda T. o nadużycie uprawnień i groźby karalne. I choć przed sądem Mariusz P. wyznał, że już nie czuje urazy i chciałby zarzut o groźby wycofać, to sąd się na to nie zgodził, tłumacząc, że grożenie ma ścisły związek z nadużyciem. Mariusz P. został w lutym skazany przez sąd grodzki za zajechanie drogi Witoldowi T. na 200 zł grzywny, ale się odwołał.Witold T. od pół roku jest zawieszony, dostaje tylko połowę pensji - 2,5 tys. zł netto miesięcznie.

26 Lut 2008 r

gazeta.pl

><>><>><<><<>><>>><>><<><<>

Służby specjalnej troski :

okradzione ABW


Policja pomaga ABW


http://img117.imageshack.us/img117/8947/subaspecjalnejtroskitb3.jpg


09 Lip 2007 r.

Dziennik.pl

Policja poszukuje złodzieja,
który w sobotę ukradł
z wrocławskiej siedziby ABW
sprzęt komputerowy.

Rzecznik tamtejszej ABW Robert Jagiełło zapewnił,
że kradzież nie spowodowała
wycieku żadnych tajnych informacji.

Ze wstępnych ustaleń policji wynika,
że złodziej dostał się do jednego z budynków ABW
prawdopodobnie przez otwarty lufcik.

Ukradł twardy dysk komputera,
monitor LCD oraz palmtop.


Pokój, który został okradziony,
był biurem zastępcy naczelnika
wydziału zabezpieczeń technicznych
we wrocławskiej ABW.


Jak zapewnił Jagiełło,
nie doszło do wycieku żadnych niejawnych informacji.

- Palmtop był zepsuty, zaś twardy dysk pusty.

Nie zostały więc wyniesione z ABW
żadne niejawne informacje - podkreślił.

Wyjaśnił, że dysk był przeznaczony
do celów internetowych.

- U nas jest taka praktyka, że komputery,
z których łączymy się z internetem
mają czyste dyski - powiedział.

Według Jagiełły kradzieży
nie mógł dokonać pracownik ABW.

- Tuż po kradzieży wezwaliśmy policję,
która prowadzi śledztwo w tej sprawie
i wyjaśnia okoliczności - mówił.


Zaznaczył też,
że nie potrafił powiedzieć,
jak to możliwe,
że ktoś z zewnątrz
dostał się niepostrzeżenie
do siedziby Agencji.


- Policja wszystko sprawdza i wyjaśnia - dodał.

Sprawę kradzieży we wrocławskiej ABW opisał poniedziałkowy "Dziennik".


><>><>><<><<>><>>><>><<><<>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Wyborcza ujawnia:

W 11 dni z szeregowca na oficera


Wojciech Czuchnowski

2008-02-20, ostatnia aktualizacja 2008-02-20 22:01:15.0

Biuro Ochrony Rządu w nadzwyczajnym trybie

awansowało na stopnie oficerskie 46 osób.

Kursy oficerskie trwały po 11 dni.

Ostatni odbył się dwa tygodnie przed wyborami

- ujawnia czwartkowa Gazeta Wyborcza.

BOR przebił kontrwywiad wojskowy

kierowany przez Antoniego Macierewicza,

gdzie po kontroli okazało się, że awanse oficerskie

dostawali ludzie po 17 dniach szkolenia.

BOR podlega MSWiA.

Jest liczącą ok. 2200 funkcjonariuszy

elitarną służbą specjalną, która zajmuje się ochroną VIP-ów,

budynków rządowych i obiektów dyplomatycznych.

W BOR ekspresowymi oficerami zostali między innymi

kierowcy prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Były awanse o wiele stopni:

podporucznikiem zostali szeregowiec, kapral i plutonowy.

Awansowano też braci wysokiego oficera Biura.


Sprawę szczegółowo opisuje i komentuje czwartkowa Gazeta Wyborcza.

Wojciech Czuchnowski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Narkotykowa wpadka ABW



Błąd funkcjonariuszy

Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego

storpedował wielką polsko-amerykańską

akcję antynarkotykową – ustalił "Wprost".




Operacja była od wielu miesięcy przygotowywana

przez amerykańskie służby zajmujące się

zwalczaniem przestępczości narkotykowej oraz przez ABW.

Chodziło o zatrzymanie na jednym z polskich lotnisk

rekordowego przemytu kokainy z Ameryki Południowej.

Narkotyki miały być przewożone wyczarterowanym samolotem.

W związku z akcją na przełomie listopada i grudnia 2007 r.

do Polski przyleciał łącznik amerykańskich służb

z Ameryki Południowej, ale zorientował się,

że jest śledzony przez… ABW.

Natychmiast wyjechał, nie kontaktując się z agencją.

Do przechwycenia kokainy nie doszło.

ABW nie chciała udzielić nam na ten temat informacji.


Wprost

15 Lut 2008 r.


><>><>><<><<>><>>><>><<><<>
**************************************

Zwyrodnialcy w policyjnych mundurach .

Funkcjonariusz ABW groził kierowcy pistoletem



Agnieszka Czajkowska

2007-09-07, ostatnia aktualizacja 2007-09-07 22:19:56.0


Wściekły funkcjonariusz ABW

wymierzył z pistoletu w głowę kierowcy innego auta

tylko dlatego, że ten śmiał wymusić na nim pierwszeństwo


Adam B. w ubiegły piątek około godz. 18 wjeżdżał swoim busem
trasą warszawską do Wrocławia.

Nagle drogę zaczął mu zajeżdżać osobowy ford.

Usiłował zepchnąć go na pobocze.

Żeby uciec przed piratem drogowym,
Adam B. postanowił zjechać na parking
przy Centrum Handlowym Korona.

Tam zawsze jest dużo ludzi.

Myślał, że na parkingu będzie bezpieczny.

Ford cały czas trzymał się blisko niego.

Adam B.: - Ten furiat raz mnie gonił, raz wyprzedzał.

Na rondzie stanął w poprzek drogi.

Musiałem ostro dać po hamulcach.

Byłem spanikowany.

Myślałem, że to jacyś bandyci.

Auta stanęły na parkingu.

Z forda wyskoczył mężczyzna i ruszył w stronę kierowcy busa.

Pokazał jakąś legitymację.

Adam B.: - To był taki niewysoki, łysawy facet w koszulce polo.

Strasznie nabuzowany.

Krzyczał, że nie pozwoli sobie na to,

by wymuszać na nim pierwszeństwo.

Wtedy Adam W. zażądał od niego

powtórnego pokazania legitymacji.

I stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewał.

Aż nogi się pod nim ugięły:

- Ten facet wyjął pistolet, przeładował magazynek

i wycelował prosto w moją twarz.

Część świadków kłótni między mężczyznami

padła wtedy na ziemię. Ktoś zaczął wzywać policję.

Kierowca forda po chwili ochłonął i schował pistolet za pasek.

Gapiom wyjaśnił, że jest z ABW,

a kierowca busa fatalnie zachował się na drodze.

- Ludzie byli oburzeni.

Mam świadków.

Jedno małżeństwo, które jechało za nami,

widząc te dziwne manewry, także zjechało na parking.

Obiecało zeznać o wszystkim na policji.

Ja się cały trząsłem.


Też mu nieźle nawtykałem. "Jestem przestępcą z waszej listy, że do mnie celujesz?" - darłem się. A on mi na to: "Za mały na to jesteś".Przyjechali policjanci. Spisali uczestników awantury. Według relacji Adama W. funkcjonariusza ABW pouczyli, żeby tak pochopnie nie wyjmował pistoletu.W czwartek Adam W. zeznawał w prokuraturze. Była wizja lokalna. Prokuratura przesłuchała już niektórych świadków i policjantów. Funkcjonariusza ABW jeszcze nie.Iwona Chmielewska, zastępca szefowej prokuratury rejonowej na Psim Polu: - Prowadzimy postępowanie w tej sprawie, ale nikomu jeszcze nie postawiono zarzutów. Zabezpieczyliśmy nagrania z kamer przemysłowych hipermarketu. Nic więcej nie mogę powiedzieć.Magdalena Stańczyk, rzeczniczka ABW w Warszawie, potwierdza, że w zajściu pod wrocławskim hipermarketem brał udział funkcjonariusz ABW: - To człowiek od nas. We Wrocławiu był na urlopie, jechał prywatnym samochodem i miał przy sobie swój prywatny pistolet.Sprawę oprócz prokuratury bada wewnętrzna komisja dyscyplinarna ABW w Warszawie.Adam W.: - Nie czuję się bezpieczny. Wczoraj do moich krewnych dzwonił jakiś mężczyzna i podawał się za policjanta, który koniecznie musi się ze mną spotkać.

W prokuraturze z kolei sugerowano mi,

żebym tego nie nagłaśniał.


**(dane bohatera tekstu zmieniliśmy na jego prośbę)

Agnieszka Czajkowska

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

**** **** *****

Agent ABW odpowie za grożenie bronią

Karolina Łagowska

2008-01-02, ostatnia aktualizacja 2008-01-02 20:23:45.0

Groźby karalne i nadużycie uprawnień służbowych

zarzuca prokuratura funkcjonariuszowi ABW.

W sierpniu ubiegłego roku groził pistoletem kierowcy samochodu.

Witold T., funkcjonariusz ABW z Warszawy, jechał ze stolicy na urlop

we Wrocławiu.

Prowadził prywatny samochód.

Na rondzie przy centrum handlowym Korona zajechał drogę

kierowcy mercedesa, który- jego zdaniem

- wcześniej źle zachowywał się na drodze.

Wyprzedzał i zajeżdżał mu drogę.

Gdy kierowca nie zatrzymał się na rondzie,

T. zjechał za nim na pobliski parking, tam znów zajechał drogę

i w końcu dopadł kierowcę, pokazując mu legitymację ABW.

Później przystawił mu pistolet do głowy i przeładował go.

Opuścił broń dopiero, gdy świadkowie wydarzenia zaczęli krzyczeć.

Prokuratura właśnie skończyła pisać akt oskarżenia

przeciwko Witoldowi T.

Ten nie przyznaje się do winy i twierdzi, że jedynie wyjął broń,

nie grożąc kierowcy.


Karolina Łagowska

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Pijany "borowik" spowodował wypadek

mt/Alert24.pl 2007-12-20, ostatnia aktualizacja 2007-12-20 11:40:18.0

Około północy pijany oficer Biura Ochrony Rządu

zderzył się na al. Krakowskiej w Warszawie

z jadącym prawidłowo mercedesem.

Funkcjonariusz był po służbie, jechał prywatnym samochodem.

Miał prawie promil alkoholu w wydychanym powietrzu.

- Wobec oficera zostało już wszczęte

postępowanie dyscyplinarne

- informuje kpt. Dariusz Aleksandrowicz z BOR.

- Grozi mu wydalenie ze służby.

Nie tolerujemy takiego zachowania.

BOR-owiec zderzył się z mercedesem,

gdy próbował zawrócić na al. Krakowskiej.

Funkcjonariusz ma na swoim koncie 25 lat służby.

Świadkowie mówią, że po wypadku

proponował kierowcy mercedesa pieniądze

w zamian na niewzywanie policji.

Rzecznik BOR twierdzi,

że nie ma na ten temat żadnych informacji.


mt/Alert24.pl

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


13 posterunek, czyli Centralne Biuro Śledcze

"Dziennik Łódzki":

Uzbrojeni policjanci w kominiarkach,

pisk hamulców, huk wystrzeliwanych pocisków,

a potem okrzyk: "K...! Pomyłka! Zmiana adresu!".

Potem jeszcze raz to samo.

To nie sceny z planu filmu "13. posterunek", l

ecz akcja policjantów

z Centralnego Biura Śledczego,


którzy robili obławę na gangstera

we wsi pod Zduńską Wolą - opisuje "Dziennik Łódzki".

Mieszkańcy Rębieskich Kolonii opowiadają,

że o godz. 5.30 do wsi wjechało kilka policyjnych radiowozów.

Wybiegło z nich trzydziestu zamaskowanych

i uzbrojonych funkcjonariuszy.

Jeden pojazd staranował bramę posesji nr 16.

Policjanci sforsowali okiennice

i strzelili pociskiem z gazem do środka,

potem przestrzelili zawiasy w drzwiach

i wpadli do domu.

Przeszukali pomieszczenia, ale nikogo nie zastali.

Szybko zorientowali się, że popełnili błąd,

bo wtargnęli do pustego domu letniskowego,

należącego do mieszkańca Łodzi.

Z relacji rolników wynika,

że funkcjonariusze wsiedli do radiowozów

i popędzili na koniec wsi.

Wtargnęli do domu Andrzeja Zientalaka.

Gdy policjanci z CBŚ robili raban w kolejnych domach,

poszukiwany gangster spokojnie spał.

W domu sąsiadującym z pierwszą posesją,

którą przeszukali funkcjonariusze.

Nie obudziły go wystrzały.


Mieszkańcy wsi mówią, że Andrzej H., gangster z grupy mokotowskiej, wcale się nie ukrywał. Chodził po wsi, do lasu, do sklepu. Chętnie rozmawiał z rolnikami. Opowiadał, że był oficerem Biura Ochrony Rządu i, że ma brata bliźniaka.Krzysztof Hajdas z biura prasowego Komendy Głównej Policji w Warszawie cieszy się, że akcja CBŚ zakończyła się sukcesem. Tłumaczy, że nie można było przeprowadzić rozpoznania, żeby nie spłoszyć poszukiwanego Andrzeja H. Mówi, że policja naprawi szkody, jakie ponieśli właściciele domu, do którego policjanci CBŚ weszli przez pomyłkę.

08 Wrz 2007 r.

"Dziennik Łódzki"

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Funkcjonariusze BOR skazani za awanturę w barze

(PAP)

BOR-owcy na ławie oskarżonych


Dwaj funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu
- Piotr K. i Artur B. zostali skazani w trybie przyspieszonym
przez szczeciński sąd.

Funkcjonariusze zostali zatrzymani w związku z awanturą,
w której brali udział w jednym ze szczecińskich lokali.

Piotr K. został skazany na rok pozbawienia wolności
w zawieszeniu na dwa lata,
a Artur B. na dziesięć miesięcy pozbawienia wolności
w zawieszeniu na dwa lata.

Wyrok nie jest prawomocny.

Prokurator postawił im zarzuty
znieważenia funkcjonariuszy policji
oraz stawiania czynnego oporu
podczas zatrzymywania oraz doprowadzania do izby wytrzeźwień.

Według zeznających na procesie policjantów
funkcjonariusze BOR m.in. ubliżali policjantom,
jeden z nich nawet im groził.


Trzeci z zatrzymanych wówczas BOR-owców został zwolniony. Nie było podstaw do postawienia mu zarzutów. Został jedynie przesłuchany jako świadek Sąd ukarał funkcjonariuszy również grzywnami w wysokości tysiąca złotych. Nakazał też wpłacić obu po 300 zł dla każdego z poszkodowanych policjantów oraz przeprosić ich. Oskarżeni przyznali się przed sądem do winy i wyrazili skruchę. Twierdzili jednak, że nie pamiętają całego zajścia. W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że funkcjonariusz BOR powinien zachować się z godnością i w jego przypadku absolutnie nie powinien wchodzić w grę występek chuligański, bo nie licuje on z godnością nie tylko na wojskowego, ale też funkcjonariusza ochraniającego prezydenta. Sąd nie przyjął też tłumaczenia oskarżonych, że ich zachowanie było wynikiem stresu po pobycie w Iraku. Żaden stres, tym bardziej, że jest on wpisany w zawód funkcjonariusza ochrony, nie uzasadnia topienia go w alkoholu - zaznaczył sąd. Rzecznik BOR Dariusz Aleksandrowicz informował, że wobec całej trójki wszczęto postępowania dyscyplinarne. Jak mówił, decyzje o dalszych krokach wobec funkcjonariuszy będą uzależnione od orzeczenia sądu. BOR-owcy byli w Szczecinie w związku z czwartkową wizytą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Brali udział w przygotowaniach do niej. Do zatrzymania doszło jednak, gdy byli już po służbie.

(jks)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-08-31

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Radio na tropie wstydliwej tajemnicy

sopockiej Policji


04 Lip 2007 r.

RMF.pl

Na początku marca czterech mężczyzn
wdarło się do garażu
jednego z komisariatów w Sopocie.

Zdemolowali cztery radiowozy i uciekli.

Ponieważ sprawców nie udało się zatrzymać,
sprawę ze wstydu utrzymywano w tajemnicy
przez cztery miesiące.

Przestępcy weszli na teren komendy;
przez kilkanaście minut
w garażach dewastowali radiowozy.

Porozbijali koguty, lampy, poprzebijali opony,
wykręcili anteny.

Mimo, że był oficer dyżurny i monitoring,
to dopiero kamery urzędu skarbowego
na sąsiednim budynku,
zarejestrowały przestępców.

Nie da się jednak na tej podstawie
sporządzić portretów pamięciowych.

Nie udało się też zabezpieczyć żadnych śladów.


Podinspektor Mariusz Dąbrówka
z komendy w Sopocie przyznaje,
że to co zrobiono,
to ujma na honorze policji:


Te działania, które później podjęliśmy,
zabezpieczenia tego rejonu
i ewentualnego ustalenia,
były na szeroką skalę,
bo poczuliśmy się dotknięci tym zdarzeniem.

Ściągnięto więc techników z komendy wojewódzkiej.

W miasto ruszyli też wywiadowcy.

Wszystko na nic.

Z tego zdarzenia jednak wyciągnięto wnioski.

Zamontowane zostały dodatkowe kamery,
częściej kontrolowany jest też tren wokół garaży.


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

ABW: w skradzionym laptopie
nie było tajnych informacji


(PAP)

Żadnych tajnych informacji nie było w skradzionym,
a następnie odzyskanym,
laptopie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego,
który użytkował Witold Marczuk,
były szef ABW,
obecny szef Służby Wywiadu Wojskowego
- zapewnia rzeczniczka ABW.

W tym laptopie nie było żadnych danych wrażliwych
dla bezpieczeństwa państwa lub dla ABW
- powiedziała Magdalena Stańczyk.

Jak podała "Rzeczpospolita", do kradzieży
doszło w grudniu 2006 r. pod Olsztynem,
gdzie Marczuk ma dom.


Policja szybko ustaliła sprawców włamania:
dwóch mieszkańców pobliskiej wsi; komputer odzyskano.

W kwietniu złodzieje zostali skazani
na półtora roku więzienia w zawieszeniu.

Według Stańczyk, laptop należał do ABW,
która tylko użyczyła go Marczukowi.

Po odzyskaniu został on zwrócony do ABW - dodała.

Stańczyk podkreśliła, że laptop był używany wyłącznie
do łączenia się internetem, np. odbierania i wysyłania maili.

Zasada jest taka, że komputery ABW,
w których znajdują się informacje tajne,
nie mogą łączyć się z internetem, a te,
które mają takie połączenia,
nie zawierają informacji niejawnych
- ujawniła rzeczniczka ABW.

Dodała, że takich informacji nie wysyła się w mailach.

Od października 2006 r. Marczuk
jest szefem Służby Wywiadu Wojskowego.

Od listopada 2005 r. kierował ABW
po dymisji poprzedniego szefa Agencji
- Andrzeja Barcikowskiego z SLD.

Marczuk to bliski współpracownik
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

W 2002 r. objął stanowisko komendanta
liczącej ponad tysiąc osób warszawskiej Straży Miejskiej.

Wcześniej był trzy razy Generalnym Inspektorem Celnym
- w 1992 r., w 1998 r. i w latach 1999-2001. (reb)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-05-14

Nawet dzieci wiedzą ,
że Marczuk miał w laptopie
wyłącznie gołe laski .



>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

CBA ws. Leppera działało powierzchownie?

Szef CBA Mariusz Kamiński
nie wiedział o przeszkoleniu przez UOP
Andrzeja Kryszyńskiego,
zatrzymanego w sprawie Leppera

- twierdzi koordynator służb specjalnych
minister Zbigniew Wassermann.

Gdyby postępowano według reguł
obowiązujących w służbach,
ta informacja byłaby w aktach.

Albo więc CBA działało powierzchownie,
albo mija się z prawdą

- ocenia "Dziennik".

Chwalona przez premiera
Jarosława Kaczyńskiego operacja CBA
w sprawie korupcji w Ministerstwie Rolnictwa
stała się już przedmiotem żartów
oficerów operacyjnych innych służb.

Szykowali się na rekina, a złapali Rybę.

Mają dobrą wolę, ale popełniają szkolne błędy
- mówi "Dziennikowi" były oficer UOP.

To niemożliwe, żeby CBA nie dostało informacji
o przeszkoleniu Kryszyńskiego przez UOP
- twierdzi policjant z Centralnego Biura Śledczego.


Zgodnie z instrukcjami, każdą dużą operację zaczyna się
od zdobycia jak największej wiedzy o "figurantach",
czyli osobach, które są "rozpracowywane". W praktyce wygląda to tak, że do innych służb wysyła się specjalne formularze z zapytaniem, czy osoby te są - jak to się określa - "w ich zainteresowaniu". Chodzi o zebranie podstawowych wiadomości, ale także sprawdzenie, czy jakaś inna służba już się tym kimś nie zajmuje. Pozwala to nie wejść sobie w drogę i nie pokrzyżować nawzajem planów - tłumaczy policjant. Kiedyś do takiego sprawdzania służył druk E-15. Teraz używa się innych formularzy. Oznacza to, że CBA przygotowując operację specjalną powinno się było zwrócić z pytaniem o Kryszyńskiego do: Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, ale także policji, Centralnego Biura Śledczego, służb wojskowych, służb celnych i skarbowych. Czy ABW informuje inne służby o przeszłości osób, w tym o ich związkach np. z UOP? Zapytanie i odpowiedź nie są jawne. Nie mogę więc powiedzieć, jak było w tej konkretnej sprawie. Ale na pytanie o zasadę, odpowiem, że oczywiście tak - tłumaczy Magdalena Stańczyk, rzecznik Agencji.

(PAP)

Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl

2007-07-14

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Wójt Mrągowa nie zdemaskował nas

twierdzi CBA


met, PAP 2007-07-18, ostatnia aktualizacja 2007-07-18 12:23:14.0

Wójt gminy Mrągowo Jerzy Karasiński nie mógł zdemaskować agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego pracujących przy rozpracowaniu domniemanej korupcji w Ministerstwie Rolnictwa - podało w środę Biuro.Temistokles Brodowski z CBA napisał w komunikacie, że "żadne działania wójta w żaden sposób nie przeszkodziły w przebiegu operacji".Wójt "nie mógł mieć i nie miał żadnej wiedzy na temat szczegółów operacji, w tym danych identyfikujących funkcjonariuszy ani używanych przez nich samochodów" - napisał Brodowski. Zaznaczył, że agenci CBA pracujący "pod przykryciem" pracujący przy tej operacji - udający biznesmenów - nigdy nie byli u wójta Mrągowa.

"Rzeczpospolita" napisała w środę,
że z dokumentów
znajdujących się w olsztyńskiej prokuraturze wynika,
iż wójt Mrągowa na własną rękę rozpracował fałszerzy,
którzy okazali się
agentami Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Według gazety wójt zdemaskował agentów CBA,
którzy sfałszowali podpis Karasińskiego
pod zgodą na odrolnienie działki.

Gdy wczesnym latem zjawili się w Urzędzie Gminy,
podawali się za biznesmenów
i chcieli zainwestować w jego gminie,

zrobił im zdjęcia,

sfotografował też ich auto,

które według gazety

okazało się samochodem służbowym.

Agenci przygotowywali prowokację,

aby zdobyć dowody na korupcję

w Ministerstwie Rolnictwa

i zdemaskować Andrzeja K. i Piotra R.


Obaj są podejrzani o składanie korupcyjnych propozycji i powoływanie się na wpływy w ministerstwie rolnictwa.Śledztwo z zawiadomienia wójta Mrągowa jest jednym z pięciu prowadzonych w całej sprawie.

met, PAP

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Broń, którą zgubił policjant, odnaleziona

Policjant z Grodkowa zgubił broń na służbie.

Pistolet PM-98 znalazł mieszkaniec miasta.

- Po powrocie z pracy dostarczył pistolet na komisariat

- mówi Artur Gródecki, komendant policji w Grodkowie.

Brak broni stwierdzono w jednostce

po nocnej służbie z środy na czwartek.

- Policjant nie potrafił wyjaśnić,

gdzie zgubił broń - mówi komendant Gródecki.

Okazało się, że w nocy patrol gonił złodziei

i prawdopodobnie wtedy jednemu z funkcjonariuszy

wypadł pistolet.

Policjant, któremu zaginęła broń,

został zawieszony w czynnościach.

Udało nam się dowiedzieć,

że chodzi o młodego funkcjonariusza,

służącego od kilkunastu miesięcy.

Policja poszukiwała zaginionej broni

przez cały czwartek.

Miasto było obstawione.

Przy wyjeździe z Grodkowa

każde auto dokładnie kontrolowali policjanci.

PM-98 to pistolet maszynowy używany przez policję ,

antyterrorystów i służby ochrony.


Tomasz Dragan

tdragan@nto.pl

BRZEG

Pro Media sp. z o.o. – Opole

26 lipca 2007 r

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Pijany antyterrorysta zgubił broń

Szymon Jadczak

2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 21:28:28.0

Wyjazd na wakacje do Krynicy

zakończył karierę doświadczonego antyterrorysty

z komendy głównej.

Policjant po pijanemu zgubił pistolet.

Znalazło go trzech młodych kryniczan

- z broni ostrzelali przypadkowe samochody.

Mimo że do zdarzenia doszło na początku lipca,

Komenda Główna Policji

nie poinformowała do tej pory o incydencie

z udziałem swojego pracownika.

Dopiero w piątek, po naszych pytaniach,

podinsp. Grażyna Puchalska

z wydziału prasowego KGP

potwierdziła informacje o wydarzeniach z Krynicy.


9 lipca policja w Krynicy dostała zawiadomienie, że na parkingu przy ul. Źródlanej ktoś ostrzelał stojące tam samochody. Ślady po kulach znaleziono na trzech pojazdach, wkrótce w ręce funkcjonariuszy wpadło trzech młodych mieszkańców pobliskich bloków (w wieku 19-25 lat). Mężczyźni przyznali się do strzelania, zeznali również, że broń znaleźli przypadkiem, dla zabawy ostrzelali stojące w pobliżu samochody, a po wszystkim wyrzucili pistolet. Broń została odnaleziona we wskazanym miejscu.W tym samym czasie na policję zgłosił się mieszkaniec Warszawy, który poinfomował o zaginięciu broni. Sprawa zelektryzowała policję i prokuraturę w Muszynie, bo osobą tą był policjant z komendy głównej, antyterrorysta z wieloletnim doświadczeniem, mający na koncie m.in. udział w misji pokojowej w Kosowie oraz w tragicznej akcji w Magdalence (podczas obławy na dwóch bandytów, ściganych za zabójstwo policjanta, zginęło dwóch funkcjonariuszy, a 16 zostało rannych).Policjant przyznał, że zgubił broń, gdy wychodził z jednej z krynickich restauracji.

Mimo że w komisariacie pojawił się

kilka godzin później, miał 1,5 promila alkoholu we krwi.


Zagubiona broń należała do niego.Incydent w Krynicy zakończył błyskotliwą karierę warszawskiego antyterrorysty. - Z dniem 30 lipca ta osoba odeszła z policji - informuje Puchalska. Przeciwko mężczyźnie toczy się postępowanie w muszyńskiej prokuraturze. Za nieumyślne zgubienie broni grozi mu grzywna i do roku więzienia. Z kolei trzej mężczyźni, którzy dla zabawy strzelali z jego pistoletu, odpowiedzą za zniszczenie mienia.

Szymon Jadczak

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Tajne służby werbują harcerki

Zapleczem personalnym dla działającej od 2006 r.
Służby Wywiadu Wojskowego
stał się Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej.

Jak ustalił "Wprost",
znaczną część funkcji kierowniczych
średniego szczebla w służbie,
która powstała w wyniku likwidacji WSI,
pełnią druhny ze Starszyzny Organizacji Harcerek ZHR.

W wojskowym wywiadzie zatrudniona została m.in.
harcmistrz Małgorzata Żochowska,
wcześniej przewodnicząca Okręgu Mazowieckiego ZHR,
oraz podharcmistrz Anna Zagrajek,
eksskarbniczka zarządu Okręgu Mazowieckiego ZHR.


– Nie komentuję takich spraw – powiedziała nam druhna Zagrajek pytana o pracę w wywiadzie wojskowym. Z naszych informacji wynika, że na pomysł zatrudnienia harcerek w nowych służbach specjalnych wpadł przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej WSI i szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego Antoni Macierewicz. Przed wieloma laty był on instruktorem drużynowym tzw. Czarnej Jedynki, działającej przy stołecznym liceum im. Rejtana 1. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, do której nawiązuje w swej działalności ZHR.

Sobota, 4 sierpnia 2007

Wprost

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Pijany BOR-owiec


06 Sie 2007 r.

Funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu,
który wczoraj rozbił rządowy samochód na Helu,
był pijany.

Do wypadku doszło w niedzielę przed południem
na trasie Chałupy - Jastarnia.

Auto prawdopodobnie wpadło w poślizg
i uderzyło w słup energetyczny.

W samochodzie byli trzej,
a nie dwaj funkcjonariusze BOR,
jak informowała wcześniej policja.

Mężczyźni zostali odwiezieni do szpitala.

Źródło: tvn24.pl

Szef prokuratury w Pucku Witold Niesiołowski
powiedział, że badanie alkomatem wykazało,
że funkcjonariusz był nietrzeźwy.

Nie chciał ujawnić, jaki był wynik badania.

Dodał, że mężczyźnie pobrano także krew.

Wyniki badań krwi mają być znane w ciągu dwóch,
trzech tygodni.

Prokurator poinformował, że zarówno kierowca,
jak i dwaj pozostali mężczyźni,
opuścili już szpital.

Podczas wypadku odnieśli obrażenia
nie zagrażające ich życiu.

Na razie nie wiadomo, kiedy i jakie zarzuty
zostaną postawione 41-latkowi.

Jeśli prowadzący sprawę uznaliby,
że spowodował wypadek jadąc po pijanemu,
groziłoby mu nawet cztery i pół roku więzienia.

Zależy to m.in. od oceny obrażeń
odniesionych przez jadących autem.

W przypadku gdyby uznano,
że funkcjonariusz BOR
prowadził w stanie nietrzeźwym,
będzie mu groziło do dwóch lat więzienia.

Rzecznik BOR Dariusz Aleksandrowicz powiedział,
że jeszcze w poniedziałek
zostanie wszczęte wobec funkcjonariusza
postępowanie dyscyplinarne.

Grozi mu wydalenie ze służby.


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

ABW rutynowo w ratuszu

Iwona Szpala, Agnieszka Pochrzęst

2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 01:26:07.0

Brawurowa akcja w ratuszu.

ABW próbowała prześwietlić budowę szpitali,

które miasto ma dopiero w planach.


- Agencja dba po prostu o interesy ekonomiczne państwa - wyjaśnia Magdalena Stańczyk, rzecznik ABW.

- To kolejna szykana, tym razem zahaczająca o surrealizm:

sprawdzać nieistniejącą inwestycję - uważa Hanna Gronkiewicz-Waltz.

- Niech służby wezmą się za te, które prowadził

prezydent Lech Kaczyński.

Tam są spore nieprawidłowości.


Agencja wydelegowała do stołecznego ratusza dwójkę funkcjonariuszy. - Mieli zorientować się w sytuacji, trzymać rękę na pulsie. Mówimy o niebagatelnym wydatku, szpitale mają pochłonąć 500 mln zł z kasy publicznej - tłumaczy rzecznik ABW. Ok. godz. 14 w czwartek funkcjonariusze weszli do gabinetu Elżbiety Wierzchowskiej, dyrektor biura polityki zdrowotnej. - Wizyta miała charakter oficjalny. Nasz pracownik zostawił na miejscu wizytówkę - podkreśla Magdalena Stańczyk. Tłumaczy, że była to "jedynie rozmowa", a funkcjonariusze "nie prowadzili czynności operacyjnych". Z pełną kindersztubą Szpitale, które dyskretną obserwacją postanowiła objąć ABW, mają powstać na Ursynowie i w Wawrze. Inwestycje planowane są na 2008 r. Dotąd nie ogłoszono żadnych przetargów, nie ma reguł finansowania, projektów. Szpital w Wawrze to autorski pomysł Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pojawił się w marcu. Wraz z nim komentarze - dzielnica wygrała los na loterii, bo mieszka tam prezydent. Inaczej jest ze Szpitalem Południowym. To kampanijne hasło wszystkich kandydatów na prezydenta Warszawy w 2006 r. Kazimierz Marcinkiewicz (PiS) znalazł nawet grunty, które potem ekipa PO uznała za zbyt drogie. Nowej lokalizacji prezydent szukała dziewięć miesięcy, co budziło ogromne emocje wśród radnych PiS. Kiedy znalazła działkę (u zbiegu Płaskowickiej i Pileckiego), a news podały media - do ratusza natychmiast przyszli funkcjonariusze ABW. Anonimowy pracownik ratusza: - Akcja ABW wyglądała raczej jak węszenie. Zadawali pytania dotyczące wydawania pieniędzy z budżetu, dopytywali, co z pieniędzmi może zrobić pani prezydent. Może to zbieg okoliczności, ale państwo z ABW przyszli pytać o Szpital Południowy kilka dni po ukazaniu się w mediach informacji o działce, na której ma on powstać. To atrakcyjny grunt na Ursynowie. Może komuś zależy na tym, żeby zrobić złą atmosferę wokół tej inwestycji?Jedyne, co ABW mogła powiedzieć Wierzchowska, to że biuro polityki zdrowotnej zaczęło starania o warunki zabudowy.A było tak: - Państwo z ABW zapowiedzieli się dzień wcześniej ogólnie, "w sprawie inwestycji". Podczas rozmowy byli kulturalni i pełni kindersztuby. Interesował ich Szpital Południowy, pytali o grunty, przetargi, sposób finansowania, dlaczego miasto szpitale buduje. W trakcie rozmowy zorientowali się chyba, że dopiero zaczynamy, konkretów jest niewiele - relacjonuje Wierzchowska.ABW reprezentuje organa państwa Z rozmowy z Magdaleną Stańczyk wynika, że funkcjonariusze na taki rozwój wypadków byli przygotowani. - Przyszli zweryfikować informacje medialne, to działania rutynowe - mówi rzecznik.- I co ABW robi z taką wiedzą? - pytam. - Ona po prostu jest. Potem wszystko zależy od rozwoju sytuacji.A jak często sprawdzacie inwestycje, które są dopiero przygotowywane? - Takich wizyt jest dużo, zarówno w instytucjach rządowych, jak i samorządowych. Pytam panią rzecznik, czy przypomina sobie, kogo ostatnio Agencja wizytowała. - Może budowę autostrady? - podpowiadam. - Nie potrafię powiedzieć. - Czy będziecie sprawdzać dokumentację planowanego Stadionu Narodowego, bo o tym też dużo pisały media? - Nie wiem, ale dotąd nikt nie robił z tego publicznej wiedzy, nasze działania traktowano jako rzecz naturalną. Przecież ABW reprezentuje organa państwa - tłumaczy rzecznik i ponownie podkreśla, że Agencja robi to z dbałości o publiczny grosz. Wątek polityczny porusza sama: - Trudno sobie wyobrazić, by na czas kampanii wyborczej Agencja przestała funkcjonować. Działamy zgodnie z prawem, gdybyśmy nie podejmowali rutynowych czynności, ktoś mógłby nas oskarżyć o bezczynność. Szykana i surrealizm O polityce mówią ludzie z otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wicedyrektor gabinetu prezydenta Jarosław Jóźwiak wylicza kolejne inwestycje, które prowadził ratusz: - Stadion Legii, Trasa Siekierkowska, most Północny, oczyszczalnia Czajka, w części z nich ogłaszamy przetargi, sprawy są o wiele bardziej zaawansowane, a same inwestycje wielokrotnie droższe. Więc gdzie jest ABW?W PO tłumaczenie mają proste: to kolejna akcja związana z kampanią wyborczą. - Na ostatniej konwencji warszawskiego PiS działacze straszyli warszawiaków, że PO będzie budowała szpitale za ich pieniądze, a potem prywatyzowała - mówi Jóźwiak.

Iwona Szpala, Agnieszka Pochrzęst

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

ABW pomyliło domy podczas akcji

Marcin Pietraszewski

2007-10-18, ostatnia aktualizacja 2007-10-17 20:06:21.0

Agenci służb specjalnych wkroczyli o świcie na posesję Mariusza Kowalskiego z Płużniczki. Okazało się jednak, że mieli zatrzymać mieszkającego trzy domy dalej sąsiada. - Oznaczenie domów było mało czytelne - tłumaczy teraz ABWPłużniczka to maleńka wioska koło Gliwic. Wszyscy się tu znają i wszystko o wszystkich wiedzą. Głównym tematem lokalnych plotek są teraz kulisy akcji przeprowadzonej 27 września przez służby specjalne. O szczegółach akcji wiemy, bo poinformował nas o niej Czytelnik, który zadzwonił na Alert 24.Tego dnia o świcie do wsi przyjechały samochody Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Uzbrojeni agenci zatrzymali się na ul. Polnej przed budynkiem oznaczonym numerem 1. Mieszka w nim Mariusz Kowalski. Funkcjonariusze stanęli przy furtce i zaczepili wracającą z pomieszczeń gospodarczych żonę Kowalskiego. Widząc agentów, myślała, że to jacyś żołnierze zgubili się podczas ćwiczeń.- Czy zastaliśmy Marka P.? - zapytali ją oficerowie służb specjalnych. Pani Kowalska wytłumaczyła im, że to pomyłka, bo Marek P. to ich sąsiad, który mieszka trzy domy dalej. Zaniepokojona pobiegła budzić męża. - Zanim wytłumaczyła mi, co się stało, usłyszeliśmy walenie do drzwi - opowiada Kowalski. Na podwórku stali agenci specsłużb. Powiedzieli, że szukają Marka P. Podali też dokładny adres jego zamieszkania. Jego dom miał dwucyfrowy numer. Wystraszony Kowalski wyjaśnił agentom, że pomylili budynki i pokazał im wiszącą na ścianie tabliczkę z numerem 1. Oficerowie nalegali, żeby dla pewności pokazał im dowód osobisty. Kowalski odmówił. - Strach ustąpił miejsca wściekłości. Wykrzyczałem im, że takie historie mogą zdarzyć się na Białorusi, a nie w demokratycznym państwie - wspomina Kowalski. Po kilku minutach oficerowie służb specjalnych przyznali się do błędu i poszli trzy domy dalej na sąsiednią ulicę zatrzymać Marka P., podejrzanego o płatną protekcję i nielegalne posiadanie amunicji. Następnego dnia funkcjonariusze agencji znowu pojawili się w domu Kowalskich. Tym razem zamiast nakazu zatrzymania mieli torbę z kalendarzami i długopisami opatrzonymi logo ABW. To miał być prezent w ramach przeprosin. - Kazałem im się z tym wynosić - mówi Kowalski, który przygotowuje skargę do Bogdana Święczkowskiego, szefa ABW. Będzie się domagał przeprosin na piśmie, bo informacja o porannej wizycie służb specjalnych rozeszła się już po całej okolicy. - Chcę pokazać ludziom, że padłem ofiarą nieudolności ABW i nie mam żadnych związków z przestępcami - mówi Kowalski. Zapytaliśmy wczoraj, dlaczego podczas akcji pomylono domy, skoro dzień wcześniej ABW zrobiła w Płużniczce rozpoznanie? - O tej porze oznaczenie budynku było mało czytelne i niewidoczne z ulicy - tłumaczy Magdalena Stańczyk, rzeczniczka prasowa służb specjalnych. Przyznaje jednak, że zaistniała sytuacja nie powinna była mieć miejsca. Zdaniem Stańczyk nie wynikała ona jednak z zaniedbań, lecz z ludzkiego błędu. Imię i nazwisko Kowalskiego i jego żony na ich prośbę zostało zmienione

Marcin Pietraszewski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


CBA kosi równo z trawą

Mikołaj Chrzan, Gdańsk

2007-10-25, ostatnia aktualizacja 2007-10-24 20:29:12.0

- Byłem gotowy na śmierć w kabinie miga,

ale nie na publiczną egzekucję przygotowaną przez CBA

- mówi pilot myśliwców, dowódca lotniska w Malborku.

Zamknięto go w areszcie, bo agentom nie spodobał się

sposób koszenia trawy na lotnisku

Pułkownik Eugeniusz Gardas to jeden z lepszych pilotów myśliwskich

w Polsce.

W powietrzu spędził 2,2 tys. godzin, jako instruktor wyszkolił dziesiątki

pilotów.


Agenci CBA i żandarmeria wojskowa zatrzymali go 2 sierpnia, gdy przygotowywał się do kolejnego lotu na naddźwiękowym Migu-29. Ubranego w kombinezon pilota prosto z lotniska w Malborku zabrano do prokuratury w Gdyni, potem przed sąd wojskowy w Poznaniu, a stamtąd do aresztu w Wejherowie. Na trzy miesiące.CBA ani żandarmeria nie poinformowały o zatrzymaniu przełożonych Gardasa. A ten jako zastępca dowódcy brygady odpowiadał za uderzeniowe eskadry polskich sił powietrznych. - Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby ogłoszono alarm - komentuje pilot.Aresztowaniem pilota CBA od razu pochwaliło się dziennikarzom. "Zarzuty o charakterze korupcyjnym dla płk. Eugeniusza G. to efekty śledztwa prowadzonego w całości przez CBA. Funkcjonariusze ustalili, że co najmniej od 2000 r. nieuprawnione firmy prywatne nieodpłatnie użytkowały i uprawiały sto hektarów ziemi wchodzącej w skład lotniska wojskowego. Straty państwa mogą sięgać setek tysięcy złotych" - ogłosił rzecznik CBA.To, co według CBA jest "użytkowaniem i uprawianiem ziemi", można nazwać koszeniem trawy.Na lotnisku koszenie to wymóg bezpieczeństwa. Kiedy w samolocie dojdzie do awarii podwozia, pilot nie może lądować na twardym pasie, lecz powinien na miękkiej trawie. Trawa musi być koszona także po to, by nie gnieździły się w niej niebezpieczne dla samolotowych silników ptaki.Wojsko sprzętu do koszenia nie ma. - Mogliśmy wynajmować kosiarki i wydawać na to co roku dziesiątki tysięcy złotych. Zgłosił się jednak do nas jeden z okolicznych rolników zainteresowany bezpłatn


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paweł dnia Pią 14:33, 27 Lis 2009, w całości zmieniany 16 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paweł




Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 1145
Przeczytał: 2 tematy


PostWysłany: Pon 1:34, 04 Lut 2008    Temat postu: Wojskowe specsłużby podsłuchiwały szpital MSWiA

.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Lipiec miał dostęp do podsłuchów ABW?

Agencja potwierdza



cheko 2008-05-15, ostatnia aktualizacja 2008-05-15 13:47:49.0

Tomasz Lipiec zatrudnił w ministerstwie czynnego oficera ABW. Dzięki temu miał nielegalnie dostęp do stenogramów z podsłuchów agencji. Informacje te wynikają z zeznań byłego ministra sportu, do których dotarło Radio ZET. Potwierdza to sama ABW.

Według Agencji umowa o oddelegowaniu funkcjonariusza do ministerstwa sportu została podpisana 26 stycznia 2006 roku. Podpisał ją Lipiec oraz ówczesny szef ABW Witold Marczuk.

Zeznania lipca ujawniają kulisy rywalizacji, jaka rozgrywała się między ABW i CBA. Obie służby prześcigały się w inwigilacji urzędników podległych ministerstwu sportu. Lipiec zdecydował się na współpracę z ABW. W tym celu zatrudnił u siebie na stanowisku dyrektora oficera tej służby. Mężczyzna organizował ministrowi spotkania z szefostwem ABW.

Z zeznań Lipca wynika, że do spotkań z Bogdanem Święczkowskim i Grzegorzem Ocieczkiem doszło w maju i czerwcu 2007 roku. Szefowie Agencji informowali byłego ministra o podejrzeniu korupcji wśród urzędników resortu, a potem pokazali stenogramy z założonych im podsłuchów. Wśród inwigilowanych osób znaleźli się m.in. dyrektorzy Centralnego Ośrodka Sportu, Krzysztof S. i Tadeusz N.

Krótko po tym, Lipiec wezwał ich chcąc wręczyć im zwolnienia. Nie zdążył. Do akcji wkroczyło niespodziewanie CBA, zatrzymując dyrektorów pod gmachem ministerstwa sportu. Afera łapówkarska trafiła też w Lipca, który został zatrzymany w październiku ubiegłego roku.

Według nieoficjalnych informacji po tych zeznaniach prokuratorzy zajmujący się sprawą Lipca brali pod uwagę zatrzymanie wiceszefa ABW Grzegorza Ocieczka. Według Radia Zet pomysł został utrącony na wyższym szczeblu.

Stołeczna prokuratura zarzuca aresztowanemu od końca października 2007 r. Lipcowi m.in. przyjęcie "korzyści majątkowej w związku z pełnieniem funkcji publicznej" oraz w związku z działalnością Centralnego Ośrodka Sportu. Grozi mu do 10 lat więzienia.

cheko

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Jak hartowało się CBA

Wojciech Czuchnowski, Marcin Kącki

2008-04-04, ostatnia aktualizacja 2008-04-04 13:44:06.0

Mamy listę dyrektorów CBA.

Niemal całe kierownictwo Centralnego Biura Antykorupcyjnego

to zaufani ludzie PiS, dawni podwładni Lecha Kaczyńskiego,

przyjaciele polityczni Mariusza Kamińskiego


Opinii publicznej oficjalnie znane są tylko nazwiska trzech głównych szefów CBA - Mariusza Kamińskiego i jego dwóch zastępców Ernesta Bejdy i Macieja Wąsika.Kamiński to współzałożyciel radykalnej Ligi Republikańskiej, poseł PiS, zaufany Jarosława Kaczyńskiego. Wąsik był PiS-owskim burmistrzem warszawskiego Wawra i szefem straży miejskiej za stołecznej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Bejda - prawnik, pracował w Generalnym Inspektoracie Celnym, tworzył ustawę o CBA i był doradcą w kancelarii premiera rządu PiS.Kamiński zawsze podkreślał, że pozostała kadra to najlepsi fachowcy ściągnięci z innych służb i że będą oni gwarantem apolityczności CBA.Dyrektorzy tylko z klucza Kadra kierownicza CBA to ok. 30 dyrektorów i naczelników centrali, która ma cztery departamenty, tyleż zarządów, gabinet szefa i trzy wydziały. Podlega im obecnie 568 agentów i agentów specjalnych w całej Polsce.Na pytania o nazwiska szefów swoich struktur CBA odpowiadało zawsze tak: - Jesteśmy służbą specjalną i dane osób na kierowniczych stanowiskach są poufne."Gazeta" zdobyła listę osób piastujących te stanowiska w 2007 r.Wynika z niej, że do kierowania Biurem przyjmowano niemal wyłącznie ludzi z klucza politycznego - gwarantujących lojalność wobec rządzącego wówczas PiS.Fachowców - policjantów i b. funkcjonariuszy ABW - zatrudniano tylko w zarządzie operacyjno-śledczym i zarządzie techniki operacyjnej. 18 nazwisk szefów i naczelników w tych zarządach nie podajemy.Podajemy natomiast nazwiska szefów i wyższych urzędników pionów nieoperacyjnych CBA.Na 26 nazwisk osób z tego grona co najmniej 20 można zidentyfikować jako ludzi PiS pracujących wcześniej w IPN, warszawskiej straży miejskiej i ratuszu lub Najwyższej Izbie Kontroli z okresu, gdy jej prezesem był Lech Kaczyński, wreszcie w biurze Rzecznika Interesu Publicznego Bogusława Nizieńskiego.Zarząd Analiz i EwidencjiAntoni Zieliński (z-ca dyrektora) - b. szef biura Rzecznika Interesu Publicznego, członek komisji Antoniego Macierewicza weryfikującej WSI;Krzysztof Iwański (naczelnik wydziału) - stołeczna straż miejska;Jerzy Lesiński (kierownik sekcji) - b. dyrektor biura RIP;Waldemar Kozioł (funkcja nieustalona) - b. doradca PiS w bankowej komisji śledczej.Gabinet Szefa CBATomasz Frątczak (dyrektor) - b. pracownik stołecznego magistratu za czasów prezydentury Warszawy Lecha Kaczyńskiego;Iwona Stankiewicz (naczelnik wydziału) - Liga Republikańska, b. sekretarka w kancelarii premiera za rządów PiS;Lucyna Tazbir (funkcja nieustalona) - b. szefowa delegatury NIK w Szczecinie.Departament OchronyJarosława Maćkowiak (dyrektor) - b. wiceburmistrz warszawskiego Mokotowa za stołecznej prezydentury Lecha Kaczyńskiego, wcześniej radna PiS;Krystyna Pietrzyk (naczelnik wydziału) - b. wiceburmistrz Mokotowa za Lecha Kaczyńskiego, wcześniej radna PiS;Wojciech Bułhak (naczelnik wydziału) - historyk z IPN;Dorota Łakomy (tajna kancelaria) - b. kustosz archiwum w IPN.Departament Kadr i SzkoleniaJarosław Wrzoskowicz (z-ca dyrektora) - stołeczna straż miejska;Barbara Kondej (naczelnik wydziału) - straż miejska.Departament LogistykiRafał Werbanowski (dyrektor) - b. naczelnik wydziału obsługi mieszkańców dzielnicy Warszawa-Wawer;Piotr Gontarski (z-ca dyrektora) - b. pracownik Urzędu ds. Kombatantów, wcześniej IPN.Samodzielny Wydział PrawnyMartin Bożek (dyrektor do 2007 r., obecnie szef operacji regionalnych) - blisko związany z Kamińskim sympatyk Ligi Republikańskiej, b. funkcjonariusz ABW.Samodzielny Wydział InspekcjiJarosław Karwowski (dyrektor) - b. pracownik RIP, członek komisji Macierewicza;Bartłomiej Rychlewski (z-ca dyrektora) - b. wicedyrektor departamentu bezpieczeństwa publicznego MSWiA w rządzie PiS, b. z-ca dyrektora biura zezwoleń i działalności gospodarczej Urzędu Miasta st. Warszawy.Zarząd Postępowań KontrolnychWojciech Skowron (dyrektor) - b. wiceszef stołecznej straży miejskiej;Krzysztof Fido (pracownik) - b. radny PiS Warszawa-Wola.Merytoryczni, polityczni i pretorianie. Żadnych komunistów Były urzędnik CBA, który w centrali zajmował wysokie stanowisko, wyjaśnia "Gazecie": - Biuro dzieliło się na pracowników merytorycznych, politycznych i pretorian. Ostatnia kategoria to najbardziej zaufani ludzie stanowiący trzon dyrektorów i naczelników. Ściśle powiązane grono znajomych wyznających jedną opcję polityczną. Kamiński i Wąsik, czyli szefowie, to znajomi z Ligi Republikańskiej. Drugi wicedyrektor Ernest Bejda, podobnie jak Kamiński, był w Generalnym Inspektoracie Celnym. Naczelnicy i dyrektorzy, którzy są niżej, to ich ludzie lub ludzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ci, którzy przyszli z zewnątrz i nie byli powiązani z pretorianami, już odeszli.Według tej relacji "zaufani mieli gwarantowane przyjęcie, jeśli nawet były wobec nich poważne zastrzeżenia, np. ze strony psychologa":- Na wyraźne życzenie szefa zarządu operacyjno-śledczego Grzegorza P. przyjęto funkcjonariusza straży granicznej, wobec którego toczyło się postępowanie dyscyplinarne. Ale wystarczyło, że był zaufany. Natomiast fachowiec, ale mający w życiorysie "niepoprawność polityczną", nie miał szans - mówi były urzędnik CBA. I podaje przykład: - Trafił się nam facet, który wcześniej pracował w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego. Miał świetne CV i kwalifikacje. Na rozmowie wypadł świetnie. Ale Kamiński zdecydował: nie będziemy przyjmować komunistów.Zapytaliśmy CBA, czy polityczne powiązania kandydatów miały wpływ na obsadę stanowisk dyrektorskich w Biurze. Pytania wysłaliśmy w środę. Rzecznik CBA Piotr Kaczorek oświadczył wczoraj, że odpowiedź dostaniemy w czasie "przewidzianym przez prawo prasowe".Psycholog dziecięcy wykrywa kłamstwa Były urzędnik CBA mówi, że nie wszyscy szefowie, dyrektorzy i naczelnicy CBA przechodzili obowiązkowe badania na poligrafie (wykrywaczu kłamstw):- Badanie było obowiązkowe teoretycznie. Ja nie byłem przebadany, bo byłem w kręgu zaufania. Nie byli badani główni szefowie i policjanci, których ściągnął Grzegorz P. [dyrektor Zarządu Operacyjno-Śledczego]. On się nie zgodził. Moim zdaniem mniej więcej połowa stanu kierowniczego nie została przebadana. I około 10 proc. albo nieco więcej spośród pozostałych pracowników nie przeszło testów psychologicznych."Gazeta": - Czy Kamiński wiedział o takich ludziach?- Oczywiście. Jeśli ktoś nie przechodził testów, to on osobiście decydował, co z takim człowiekiem zrobić. Jeśli ktoś został przyjęty mimo braku kwalifikacji, była to jego decyzja.Według naszego rozmówcy CBA nie miało swoich specjalistów od poligrafu, ale nie chciało korzystać z pomocy ABW: - Nie było do nich zaufania. Zresztą do żadnych polskich służb nie było zaufania, więc wysłaliśmy do USA trzech ludzi. Szkoliła ich prywatna firma amerykańska, bo rząd USA nie zgodził się, by robiła to instytucja rządowa. Ostatecznie głównym poligraferem CBA jest Bogdan B., z wykształcenia psycholog dziecięcy, który szkolił się na tym kursie przez trzy miesiące.Graś: "PiS zastąpił układ swoim układem" Czy o upolitycznieniu kadry kierowniczej CBA wiedzieli w poprzedniej kadencji opozycyjni posłowie z sejmowej speckomisji?Paweł Graś (PO), który kierował speckomisją: - Od Mariusza Kamińskiego otrzymywaliśmy tylko cyklicznie informacje o postępach w naborze do służby - ile osób przyjęto z policji, ile z ABW lub innych służb, a ile z rynku. Nie mówiono nam o życiorysach tych osób, a my nie pytaliśmy, uznając, że to szef służby odpowiedzialny jest za dobór pracowników.Graś dodaje: - Oczywiście od początku uważaliśmy CBA za formację upolitycznioną, wiedzieliśmy, że na stanowiska kierownicze wchodzi tam grupa osób związanych z PiS, od lat pojawiających się w różnych instytucjach, na które ugrupowanie braci Kaczyńskich ma wpływ. Założenie powinno być takie, że każda służba specjalna jest apolityczna, ale powtarzam: odpowiedzialny za realizację tego jest jej szef. Jeżeli tak rzeczywiście wygląda struktura kierownicza CBA, to można powiedzieć, że PiS, mając na sztandarach walkę z układem, zastąpił go swoim układem.Według Grasia - który podkreśla, że to jego prywatne zdanie - "długofalowy plan PiS był taki, by CBA zmarginalizowało ABW, przejęło główne zadania Agencji, zostawiając jej tylko funkcje usługowe wobec siebie. CBA, Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Służba Wywiadu Wojskowego [dwie ostatnie formacje tworzył Antoni Macierewicz] miały być kadrowym aparatem najwyższego zaufania, który miał opanować resorty siłowe w państwie".Wojciech Czuchnowski, Marcin Kącki

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Wojskowe specsłużby podsłuchiwały szpital MSWiA

awe 2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 18:37:14.0

Wojskowe specsłużby szukały agentów WSI

w warszawskim szpitalu MSWiA - informuje "Newswwek".

Według tygodnika pod lupę SKW trafił także Marek Durlik,

były dyrektora szpitala.

Według "Newsweeka" nie tylko CBA rozpracowywało

pracowników warszawskiego szpitala.

Własne podsłuchy założyła pracownikom

także Służba Kontrwywiadu Wojskowego.


Późną jesienią 2006 r., miesiąc po rozwiązaniu WSI, nowy kontrwywiad wojskowy zaczął szukać agentów tego wywiadu także wśród informatyków szpitala - wynika z nieoficjalnych informacji tygodnika. Nowe służby wojskowe podsłuchiwały także dr. Marka Durlika, byłego dyrektora tego szpitala. W rozmowie z dziennikarzem "Newsweeka" Durlik przyznał, że wiedział o tym, że jest podsłuchiwany. Potwierdził także, że służby wojskowe szukały agentów WSI. Dwie służby na podsłuchu Byłego dyrektora szpitala podsłuchiwało także CBA, które prowadziło wielkie śledztwo w sprawie łapówek i podejrzenia o doprowadzanie do śmierci pacjentów przez kardiochirurga Mirosława G. Co więcej, CBA badało, czy przestępstw nie popełniał sam Durlik. Biuro podejrzewało, że miał on brać udział w wyłudzaniu przez szpital nienależnych pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia. - Nie powinno być tak, że aż tyle służb specjalnych rozpracowuje jedną instytucję. A przede wszystkim zastanawiające jest, dlaczego wojskowe służby zajmują się placówką, która przecież nie podlega wojsku. Trzeba to wyjaśnić - powiedział Marek Biernacki, poseł PO z sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Materiały w części tajnej SKW przekazała swoje materiały operacyjne prokuraturze okręgowej, która prowadzi śledztwo przeciwko Mirosławowi G. Znajdują się one w części tajnej tego śledztwa- wynika z ustaleń tygodnika. - W części jawnej sprawy przeciwko kardiochirurgowi nie ma materiałów ze służb wojskowych. Natomiast o tym, co jest w części tajnej, nie mogę mówić - stwierdziła prokurator Katarzyna Szeska, rzecznik warszawskiej prokuratury. Nikt z SKW nie chciał oficjalnie wyjaśnić, dlaczego jej funkcjonariusze prowadzili działania na terenie szpitala MSWiA.awe

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Narkotykowa wpadka ABW



Błąd funkcjonariuszy

Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego

storpedował wielką polsko-amerykańską

akcję antynarkotykową – ustalił "Wprost".




Operacja była od wielu miesięcy przygotowywana

przez amerykańskie służby zajmujące się

zwalczaniem przestępczości narkotykowej oraz przez ABW.

Chodziło o zatrzymanie na jednym z polskich lotnisk

rekordowego przemytu kokainy z Ameryki Południowej.

Narkotyki miały być przewożone wyczarterowanym samolotem.

W związku z akcją na przełomie listopada i grudnia 2007 r.

do Polski przyleciał łącznik amerykańskich służb

z Ameryki Południowej, ale zorientował się,

że jest śledzony przez… ABW.

Natychmiast wyjechał, nie kontaktując się z agencją.

Do przechwycenia kokainy nie doszło.

ABW nie chciała udzielić nam na ten temat informacji.


Wprost

15 Lut 2008 r.


><>><>><<><<>><>>><>><<><<>

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

ABW rutynowo w ratuszu

Iwona Szpala, Agnieszka Pochrzęst

2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 01:26:07.0

Brawurowa akcja w ratuszu.

ABW próbowała prześwietlić budowę szpitali,

które miasto ma dopiero w planach.


- Agencja dba po prostu o interesy ekonomiczne państwa - wyjaśnia Magdalena Stańczyk, rzecznik ABW.

- To kolejna szykana, tym razem zahaczająca o surrealizm:

sprawdzać nieistniejącą inwestycję - uważa Hanna Gronkiewicz-Waltz.

- Niech służby wezmą się za te, które prowadził

prezydent Lech Kaczyński.

Tam są spore nieprawidłowości.


Agencja wydelegowała do stołecznego ratusza dwójkę funkcjonariuszy. - Mieli zorientować się w sytuacji, trzymać rękę na pulsie. Mówimy o niebagatelnym wydatku, szpitale mają pochłonąć 500 mln zł z kasy publicznej - tłumaczy rzecznik ABW. Ok. godz. 14 w czwartek funkcjonariusze weszli do gabinetu Elżbiety Wierzchowskiej, dyrektor biura polityki zdrowotnej. - Wizyta miała charakter oficjalny. Nasz pracownik zostawił na miejscu wizytówkę - podkreśla Magdalena Stańczyk. Tłumaczy, że była to "jedynie rozmowa", a funkcjonariusze "nie prowadzili czynności operacyjnych". Z pełną kindersztubą Szpitale, które dyskretną obserwacją postanowiła objąć ABW, mają powstać na Ursynowie i w Wawrze. Inwestycje planowane są na 2008 r. Dotąd nie ogłoszono żadnych przetargów, nie ma reguł finansowania, projektów. Szpital w Wawrze to autorski pomysł Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pojawił się w marcu. Wraz z nim komentarze - dzielnica wygrała los na loterii, bo mieszka tam prezydent. Inaczej jest ze Szpitalem Południowym. To kampanijne hasło wszystkich kandydatów na prezydenta Warszawy w 2006 r. Kazimierz Marcinkiewicz (PiS) znalazł nawet grunty, które potem ekipa PO uznała za zbyt drogie. Nowej lokalizacji prezydent szukała dziewięć miesięcy, co budziło ogromne emocje wśród radnych PiS. Kiedy znalazła działkę (u zbiegu Płaskowickiej i Pileckiego), a news podały media - do ratusza natychmiast przyszli funkcjonariusze ABW. Anonimowy pracownik ratusza: - Akcja ABW wyglądała raczej jak węszenie. Zadawali pytania dotyczące wydawania pieniędzy z budżetu, dopytywali, co z pieniędzmi może zrobić pani prezydent. Może to zbieg okoliczności, ale państwo z ABW przyszli pytać o Szpital Południowy kilka dni po ukazaniu się w mediach informacji o działce, na której ma on powstać. To atrakcyjny grunt na Ursynowie. Może komuś zależy na tym, żeby zrobić złą atmosferę wokół tej inwestycji?Jedyne, co ABW mogła powiedzieć Wierzchowska, to że biuro polityki zdrowotnej zaczęło starania o warunki zabudowy.A było tak: - Państwo z ABW zapowiedzieli się dzień wcześniej ogólnie, "w sprawie inwestycji". Podczas rozmowy byli kulturalni i pełni kindersztuby. Interesował ich Szpital Południowy, pytali o grunty, przetargi, sposób finansowania, dlaczego miasto szpitale buduje. W trakcie rozmowy zorientowali się chyba, że dopiero zaczynamy, konkretów jest niewiele - relacjonuje Wierzchowska.ABW reprezentuje organa państwa Z rozmowy z Magdaleną Stańczyk wynika, że funkcjonariusze na taki rozwój wypadków byli przygotowani. - Przyszli zweryfikować informacje medialne, to działania rutynowe - mówi rzecznik.- I co ABW robi z taką wiedzą? - pytam. - Ona po prostu jest. Potem wszystko zależy od rozwoju sytuacji.A jak często sprawdzacie inwestycje, które są dopiero przygotowywane? - Takich wizyt jest dużo, zarówno w instytucjach rządowych, jak i samorządowych. Pytam panią rzecznik, czy przypomina sobie, kogo ostatnio Agencja wizytowała. - Może budowę autostrady? - podpowiadam. - Nie potrafię powiedzieć. - Czy będziecie sprawdzać dokumentację planowanego Stadionu Narodowego, bo o tym też dużo pisały media? - Nie wiem, ale dotąd nikt nie robił z tego publicznej wiedzy, nasze działania traktowano jako rzecz naturalną. Przecież ABW reprezentuje organa państwa - tłumaczy rzecznik i ponownie podkreśla, że Agencja robi to z dbałości o publiczny grosz. Wątek polityczny porusza sama: - Trudno sobie wyobrazić, by na czas kampanii wyborczej Agencja przestała funkcjonować. Działamy zgodnie z prawem, gdybyśmy nie podejmowali rutynowych czynności, ktoś mógłby nas oskarżyć o bezczynność. Szykana i surrealizm O polityce mówią ludzie z otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wicedyrektor gabinetu prezydenta Jarosław Jóźwiak wylicza kolejne inwestycje, które prowadził ratusz: - Stadion Legii, Trasa Siekierkowska, most Północny, oczyszczalnia Czajka, w części z nich ogłaszamy przetargi, sprawy są o wiele bardziej zaawansowane, a same inwestycje wielokrotnie droższe. Więc gdzie jest ABW?W PO tłumaczenie mają proste: to kolejna akcja związana z kampanią wyborczą. - Na ostatniej konwencji warszawskiego PiS działacze straszyli warszawiaków, że PO będzie budowała szpitale za ich pieniądze, a potem prywatyzowała - mówi Jóźwiak.

Iwona Szpala, Agnieszka Pochrzęst

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

ABW pomyliło domy podczas akcji

Marcin Pietraszewski

2007-10-18, ostatnia aktualizacja 2007-10-17 20:06:21.0

Agenci służb specjalnych wkroczyli o świcie na posesję Mariusza Kowalskiego z Płużniczki. Okazało się jednak, że mieli zatrzymać mieszkającego trzy domy dalej sąsiada. - Oznaczenie domów było mało czytelne - tłumaczy teraz ABWPłużniczka to maleńka wioska koło Gliwic. Wszyscy się tu znają i wszystko o wszystkich wiedzą. Głównym tematem lokalnych plotek są teraz kulisy akcji przeprowadzonej 27 września przez służby specjalne. O szczegółach akcji wiemy, bo poinformował nas o niej Czytelnik, który zadzwonił na Alert 24.Tego dnia o świcie do wsi przyjechały samochody Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Uzbrojeni agenci zatrzymali się na ul. Polnej przed budynkiem oznaczonym numerem 1. Mieszka w nim Mariusz Kowalski. Funkcjonariusze stanęli przy furtce i zaczepili wracającą z pomieszczeń gospodarczych żonę Kowalskiego. Widząc agentów, myślała, że to jacyś żołnierze zgubili się podczas ćwiczeń.- Czy zastaliśmy Marka P.? - zapytali ją oficerowie służb specjalnych. Pani Kowalska wytłumaczyła im, że to pomyłka, bo Marek P. to ich sąsiad, który mieszka trzy domy dalej. Zaniepokojona pobiegła budzić męża. - Zanim wytłumaczyła mi, co się stało, usłyszeliśmy walenie do drzwi - opowiada Kowalski. Na podwórku stali agenci specsłużb. Powiedzieli, że szukają Marka P. Podali też dokładny adres jego zamieszkania. Jego dom miał dwucyfrowy numer. Wystraszony Kowalski wyjaśnił agentom, że pomylili budynki i pokazał im wiszącą na ścianie tabliczkę z numerem 1. Oficerowie nalegali, żeby dla pewności pokazał im dowód osobisty. Kowalski odmówił. - Strach ustąpił miejsca wściekłości. Wykrzyczałem im, że takie historie mogą zdarzyć się na Białorusi, a nie w demokratycznym państwie - wspomina Kowalski. Po kilku minutach oficerowie służb specjalnych przyznali się do błędu i poszli trzy domy dalej na sąsiednią ulicę zatrzymać Marka P., podejrzanego o płatną protekcję i nielegalne posiadanie amunicji. Następnego dnia funkcjonariusze agencji znowu pojawili się w domu Kowalskich. Tym razem zamiast nakazu zatrzymania mieli torbę z kalendarzami i długopisami opatrzonymi logo ABW. To miał być prezent w ramach przeprosin. - Kazałem im się z tym wynosić - mówi Kowalski, który przygotowuje skargę do Bogdana Święczkowskiego, szefa ABW. Będzie się domagał przeprosin na piśmie, bo informacja o porannej wizycie służb specjalnych rozeszła się już po całej okolicy. - Chcę pokazać ludziom, że padłem ofiarą nieudolności ABW i nie mam żadnych związków z przestępcami - mówi Kowalski. Zapytaliśmy wczoraj, dlaczego podczas akcji pomylono domy, skoro dzień wcześniej ABW zrobiła w Płużniczce rozpoznanie? - O tej porze oznaczenie budynku było mało czytelne i niewidoczne z ulicy - tłumaczy Magdalena Stańczyk, rzeczniczka prasowa służb specjalnych. Przyznaje jednak, że zaistniała sytuacja nie powinna była mieć miejsca. Zdaniem Stańczyk nie wynikała ona jednak z zaniedbań, lecz z ludzkiego błędu. Imię i nazwisko Kowalskiego i jego żony na ich prośbę zostało zmienione

Marcin Pietraszewski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


CBA kosi równo z trawą

Mikołaj Chrzan, Gdańsk

2007-10-25, ostatnia aktualizacja 2007-10-24 20:29:12.0

- Byłem gotowy na śmierć w kabinie miga,

ale nie na publiczną egzekucję przygotowaną przez CBA

- mówi pilot myśliwców, dowódca lotniska w Malborku.

Zamknięto go w areszcie, bo agentom nie spodobał się

sposób koszenia trawy na lotnisku

Pułkownik Eugeniusz Gardas to jeden z lepszych pilotów myśliwskich

w Polsce.

W powietrzu spędził 2,2 tys. godzin, jako instruktor wyszkolił dziesiątki

pilotów.


Agenci CBA i żandarmeria wojskowa zatrzymali go 2 sierpnia, gdy przygotowywał się do kolejnego lotu na naddźwiękowym Migu-29. Ubranego w kombinezon pilota prosto z lotniska w Malborku zabrano do prokuratury w Gdyni, potem przed sąd wojskowy w Poznaniu, a stamtąd do aresztu w Wejherowie. Na trzy miesiące.CBA ani żandarmeria nie poinformowały o zatrzymaniu przełożonych Gardasa. A ten jako zastępca dowódcy brygady odpowiadał za uderzeniowe eskadry polskich sił powietrznych. - Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby ogłoszono alarm - komentuje pilot.Aresztowaniem pilota CBA od razu pochwaliło się dziennikarzom. "Zarzuty o charakterze korupcyjnym dla płk. Eugeniusza G. to efekty śledztwa prowadzonego w całości przez CBA. Funkcjonariusze ustalili, że co najmniej od 2000 r. nieuprawnione firmy prywatne nieodpłatnie użytkowały i uprawiały sto hektarów ziemi wchodzącej w skład lotniska wojskowego. Straty państwa mogą sięgać setek tysięcy złotych" - ogłosił rzecznik CBA.To, co według CBA jest "użytkowaniem i uprawianiem ziemi", można nazwać koszeniem trawy.Na lotnisku koszenie to wymóg bezpieczeństwa. Kiedy w samolocie dojdzie do awarii podwozia, pilot nie może lądować na twardym pasie, lecz powinien na miękkiej trawie. Trawa musi być koszona także po to, by nie gnieździły się w niej niebezpieczne dla samolotowych silników ptaki.Wojsko sprzętu do koszenia nie ma. - Mogliśmy wynajmować kosiarki i wydawać na to co roku dziesiątki tysięcy złotych. Zgłosił się jednak do nas jeden z okolicznych rolników zainteresowany bezpłatnym koszeniem w zamian za trawę - mówi Gardas. - Jako dowódca lotniska podpisałem umowę z tym gospodarstwem. Potem byliśmy wielokrotnie kontrolowani, nikt nigdy nie miał zastrzeżeń.CBA potraktowało jednak lotniskową trawę jako wielki, oddany bez przetargu majątek.Specjaliści od eksploatacji lotnisk mówią, że to absurd. - Kiedy istniały PGR-y, było zapotrzebowanie na trawę z lotniska, te czasy minęły - mówi Grzegorz Trzoska z Portu Lotniczego Gdańsk. - Teraz rolnicy nie są tym zainteresowani. My musimy kosić trawę na własny koszt. Nie mamy z nią co później robić, rozkłada się na powietrzu.Kiedy zapadła decyzja o areszcie Gardasa, mimo próśb pozbawiony był kontaktu z obrońcą. Spotkał się z nim dopiero po tygodniu. Adwokat błyskawicznie napisał zażalenie na areszt do Sądu Najwyższego. Po zapoznaniu się z dowodami CBA sędziowie zdecydowali o natychmiastowym wypuszczeniu pułkownika."Dowody (...) nie uzasadniają prawdopodobieństwa, że działał na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, a tym bardziej, by działanie to wynikało z chęci osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej (...). Nie może mieć żadnego uzasadnienia konieczności aresztowania fakt, że w sprawie określone czynności przeprowadza CBA" - orzekli sędziowie.27 sierpnia pułkownik odzyskał wolność. Kiedy wyszedł z aresztu, dowiedział się, że podczas odsiadki minister Aleksander Szczygło przyznał mu złoty medal "Za Zasługi dla Obronności Kraju". Od razu wrócił na poprzednie stanowisko, znów siada za sterami Miga-29.- Sąd potwierdził, że nie było żadnych przesłanek do zastosowania aresztu wobec pułkownika Gardasa. Działanie CBA i prokuratury to praktyka przypominająca lata stalinowskie - uważa adwokat Gardasa Czesław Marach.Oficjalnie śledztwo cały czas trwa. Co na temat postanowienia Sądu Najwyższego sądzi CBA? - Śledztwo nadzoruje prokuratura i to ona wnioskowała do sądu o areszt - umywa ręce Piotr Kaczorek z biura prasowego CBA.- Prokuratura nie ma zwyczaju komentowania orzeczeń sądowych. Z uwagi na dobro śledztwa odmawiam udzielenia bliższych informacji - odpowiada komandor Dariusz Furmański, prokurator garnizonowy w Gdyni.Mikołaj Chrzan, Gdańsk

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Budzik weź przykład z Guzika .

Kiedy Budzik się obudzi ?

Ostatni esbek na emeryturę

Jacek Brzuszkiewicz

2007-01-19, ostatnia aktualizacja 2007-01-19 22:44

Z komendy wojewódzkiej odchodzi ostatni naczelnik z przeszłością w SB.

Chodzi o Antoniego Opalińskiego, który kontrolował funkcjonariuszy.


W lubelskiej komendzie czyszczenie policji z esbeków trwało ponad rok.

Zaczęło się w listopadzie 2005 r., po słynnej już wypowiedzi Ludwika Dorna, szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, który oświadczył, że z policji będzie musiało odejść ok. 10 proc. wyższych rangą funkcjonariuszy, którzy są dawnymi oficerami Służby Bezpieczeństwa. W samej komendzie wojewódzkiej, wśród 25 naczelników wydziałów, esbecką przeszłość miał wtedy co piąty funkcjonariusz.W ciągu kilku miesięcy na emeryturę odszedł wtedy naczelnik wydziału ds. walki z korupcją Krzysztof Hawrylak, szef wydziału prewencji Jerzy Toruj, naczelnik wydziału prezydialnego Piotr Pasek i szef wydziału informatyki Lech Dzioba.Swoje stanowisko zachował wtedy jedynie Antoni Opaliński, naczelnik wydziału kontroli, który pełni rolę "policji w policji". Opaliński w SB służył przez 14 lat, od września 1976 do lutego 1990 r., kiedy rozwiązywano bezpiekę. - Naczelnik wydziału kontroli to bardzo dobry fachowiec - tłumaczył latem zeszłego roku w rozmowie z "Gazetą" Janusz Guzik, komendant wojewódzki policji w Lublinie sugerując, że przynajmniej na razie nie zamierza odwoływać swojego naczelnika.

W zeszłym tygodniu do redakcji "Gazety" przyszli młodzi oficerowie lubelskiego garnizonu, którzy zaprotestowali przeciwko pełnieniu przez Opalińskiego funkcji naczelnika kluczowego wydziału komendy wojewódzkiej.

Zapowiedzieli przesłanie listu otwartego do premiera i prezydenta RP. - W Warszawie Prawo i Sprawiedliwość szerzy hasła o odnowie moralnej IV RP, tymczasem w Lublinie wspiera stary układ.

Jak to możliwe - pytali oburzeni oficerowie.


Wczoraj zadzwoniliśmy do biura prasowego Komendy Głównej Policji.
Po naszym telefonie sprawa nabrała przyspieszenia. Komendant Guzik po południu pytany przez "Gazetę" o przyszłość Opalińskiego niespodziewanie oświadczył, że ten odejdzie na emeryturę. - Rozmawiałem z naczelnikiem i ten zgłosił mi taki zamiar. Początek roku to dobry okres do podejmowania decyzji personalnych - oświadczył Guzik.Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że niespodziewana zmiana stanowiska Guzika była związana z wczorajszym nagłym telefonem z komendy głównej, która poleciła wysłać Opalińskiego na emeryturę.

- Nie sądziliśmy, że w którejkolwiek komendzie wojewódzkiej w randze naczelnika służą funkcjonariusze SB i to z tak długim stażem.

Powiem tyle: nieroztropność niektórych komendantów może budzić nasze zafrasowanie - powiedział nam, prosząc o zachowanie anonimowości jeden z wysokich funkcjonariuszy z komendy głównej.


Jacek Brzuszkiewicz

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Lutek , szef MSWiA - nieudacznik
sparaliżowany strachem przed podjęciem najbardziej
oczywistych decyzji .

eSBecy i anty- solidarnościowi bojówkarze
nadal rządzą w KW Policji w Krakowie !

W tej sprawie Lutek postanowił ,, jechać’’
na przeczekanie i ograniczyć się wyłącznie
do działań pozorujących .

W ramach takich działań jednego z bojówkarzy
wysłano na emeryturę , jednocześnie podwyższając mu
podstawę naliczania emerytury .

Lutek dba by eSBekom i bojówkarzom
nie stała się krzywda .


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

eSBek Ryszard Grabski

nadal jest szefem

Sekcji Ruchu Drogowego

Komendy Miejskiej Policji w Krakowie .



Ryszard Grabski :

http://www.gazeta.policja.pl/archiwum/2304/s9a1.html

http://www.pl.indymedia.org/pl/2007/01/25876.shtml

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<



Milicjant-oprawca zatrudniony w CBA


09 Sty 2007 r

Mariusz Kamiński, szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, w roli doradcy zatrudnił byłego milicjanta, który maltretował opozycjonistów w PRL - ujawnia DZIENNIK.

Przeszłość Tomasza Warykiewicza odkrył Maciej Gawlikowski, krakowski dziennikarz.
Byli działacze podziemia są zdumieni, że Warykiewicz pracuje dla CBA i organizuje szkolenia dla funkcjonariuszy tajnej służby.

"Zdziwiony jestem, że Mariusz wziął do pracy Warykiewicza. Może nie wiedział o jego przeszłości, tak jak Benedykt XVI nie miał pojęcia o przeszłości arcybiskupa Wielgusa" - zastanawia się Jacek Smagowicz, członek Komisji Krajowej "Solidarności", który 20 lat temu po pokojowej demonstracji został pobity przez Warykiewicza i jego kolegów z milicji.

"Może Mariusz Kamiński jest przepracowany?" - zastanawia się Ryszard Bocian, były opozycjonista, którego milicjanci okładali metalowymi pałkami. Historia jest tym bardziej zadziwiająca, że sam Kamiński był w latach 80. antykomunistycznym działaczem, którego milicjanci nie jeden raz bili i pałowali. Poza tym przeszłość ludzi, którzy trafili do CBA, miała być szczegółowo badana, nawet przy użyciu wykrywaczy kłamst.

Prześwietlone miały być ich życiorysy, kontakty. Drzwi do nowej służby miały być zamknięte dla esbeków i ludzi, którzy walczyli z opozycją.



Sprawę haniebnej przeszłości obecnego doradcy szefa CBA zbadał były działacz opozycji i krakowski dokumentalista - Maciej Gawlikowski. Przygotowuje on telewizyjny reportaż na ten temat, część publikowanych w tekście wypowiedzi pochodzi właśnie z filmu. Wczoraj Gawlikowski przyjechał do Warszawy, żeby porozmawiać z Kamińskim o przeszłości Warykiewicza. Po tej rozmowie Centralne Biuro Antykorupcyjne na kilka godzin nabrało wody w usta. "Sprawdzamy sygnał, który do na dotarł" - powiedział nam tylko rzecznik CBA, Tomasz Frątczak. Wieczorem otrzymaliśmy oświadczenie: jeśli potwierdzą się zarzuty o bicie opozycji, Warykiewicz zostanie usunięty ze służby. "Jakiekolwiek formy stosowania przemocy wobec działaczy opozycji są całkowicie dyskwalifikujące" - oświadczył rzecznik CBA.

Michał Majewski, Robert Zielińskiwięcej w Dzienniku [1]

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Bastion UBekistanu w KW Małopolskiej Policji .

Lutek - już pora przetrzeźwieć .

Więcej pracy , a mniej patrzenia na body painting .



Czy małopolscy policjanci bili opozycjonistów?

ire, szj 2007-01-10, ostatnia aktualizacja 2007-01-10 22:56:40.0

Krakowski oddział IPN sprawdzi, czy funkcjonariusze małopolskiej komendy wojewódzkiej w latach 80. bili zatrzymywanych opozycjonistów.

Wśród zamieszanych wymienia się obecnego zastępcę komendanta wojewódzkiego.

- Nigdy w życiu nie uderzyłem żadnego "klienta" - broni się Bogdan Łukaszewicz.


Bogdan Łukaszewicz

http://www.malopolska.policja.gov.pl/grafika1/kierownictwo/lukaszewicz_zastepca.jpg

Funkcjonariuszy policji, którzy jako milicjanci wmieszani w tłum rozbijali opozycyjne demonstracje w PRL, ustalił dziennikarz Maciej Gawlikowski. W czasach PRL działał aktywnie w demokratycznej opozycji. Od lat 90. tropi byłych esbeków. Ostatnio dotarł do nowych informacji o pobiciu przez milicjantów w cywilu uczestników trzeciomajowej manifestacji w 1987 r. na Wawelu. Swymi ustaleniami podzielił się w tym tygodniu z "Dziennikiem" i komendantem głównym policji Markiem Bieńkowskim. Szef policji natychmiast zareagował. We wtorek przysłał do Krakowa Marka Działoszyńskiego, dyrektora Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji.Gawlikowski nie ujawnia, których funkcjonariuszy wymienił w rozmowie z szefem BSW. Szczegóły dziennikarskiego śledztwa zamierza przedstawić w filmie dokumentalnym, który przygotowuje dla telewizji. - Nie mam dowodów na to, że wszyscy funkcjonariusze dopuścili się przestępstwa. Ich role powinna jednak wyjaśnić policja i IPN - dodaje Gawlikowski.Według niepotwierdzonych informacji chodzi o co najmniej siedmiu policjantów z małopolskiej komendy.

Wśród nich jest jeden z zastępców komendanta wojewódzkiego oraz po dwóch oficerów CBŚ, pracowników archiwum i zastępców naczelników innych wydziałów KWP.

Zastępca szefa małopolskiej policji Bogdan Łukaszewicz przyznał w rozmowie z "Gazetą", że uczestniczył w "zabezpieczeniu" trzeciomajowej demonstracji na Wawelu w 1987 r. Widział "przepychanki" na przedzie pochodu, ale kategorycznie zaprzecza, aby kogokolwiek bił jego uczestników.- Ktoś chce mnie ubrać w tzw. drugi szereg. Pracowałem wtedy w dochodzeniówce i nadzorowałem jedynie doprowadzanie zatrzymanych do więźniarek. Nigdy w życiu nie uderzyłem żadnego "klienta" - zastrzega komendant Łukaszewicz.Wczoraj sprawą zajął się krakowski IPN. Jego prokurator Artur Wrona wystąpił o akta śledztwa dotyczącego pobicia demonstrantów 3 maja 1987 r. na Wawelu. Prokuratura badała sprawę na początku lat 90. Śledztwo umorzono w 1993 r., przyjmując, że nie doszło do przestępstwa. Teraz - wobec nowych dowodów, m.in. esbeckich zdjęć z manifestacji w 1987 r. - ma zostać wznowione.ire, szj

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

RMF: Wielki skandal w małopolskiej policji?

Trwa dochodzenie w sprawie małopolskich policjantów /RMF


Wtorek, 9 stycznia

Jak dowiedziało się RMF FM, w małopolskim garnizonie policji mogą pracować byli policjanci, którzy w latach 80. rozbijali demonstracje demokratycznej opozycji.

Jeden z nich - Tomasz Warykiewicz, który kilka miesięcy temu został doradcą szefa CBA, dzisiaj został zwolniony.

Nieoficjalnie wiadomo, że w małopolskiej policji pracuje kilku lub kilkunastu takich funkcjonariuszy.

Część z nich to szeregowi policjanci, ale niektórzy zajmują - podobno - nawet kierownicze stanowiska.


Komendant główny policji Marek Bieńkowski wysłał do Krakowa szefa biura spraw wewnętrznych, by ten na miejscu sprawdził te informacje. Inspektor Marek Działoszyński zbiera i weryfikuje dla komendanta pełne informacje w tej sprawie, m.in. rozmawia z tymi policjantami i pyta, czy w latach 80. gnębili opozycjonistów.

Jak nieoficjalnie przyznają oficerowie z KGP , gdyby to wszystko okazało się prawdą, byłby to "wielki skandal".

Komenda główna policji potwierdziła podejrzenia RMF FM.


>>>>>>>>>>>>>>>>>



* * *

Pożar pod specjalnym nadzorem :

http://www.policyjnyserwisinformacyjny.fora.pl/pozar-pod-specjalnym-nadzorem-gazeta-polska-30-v-07r-t4695.html

http://www.policyjnyserwisinformacyjny.fora.pl/viewforum.php?f=3



.


CBA oddaje zegarki doktorowi G.

11 Wrz 2007 r.


"Życie Warszawy": Kardiochirurg Mirosław G. odzyskuje rzeczy, które CBA zatrzymało podczas przeszukania jego domu. Oddano mu m.in. trzy zegarki, które wcześniej zabrano, podejrzewając, że to nielegalne darowizny od pacjentów.CBA zabrało doktorowi G. nawet płyty Cockera- Funkcjonariusze CBA zarówno Mirosławowi G., jak i jego małżonce wydali z depozytu przedmioty, na posiadanie których zostały przedstawione im dowody zakupu (paragon lub faktura). Łącznie 144 pozycje - mówi Temistokles Brodowski, rzecznik CBA.Kiedy w lutym Mirosław G. został zatrzymany pod zarzutem korupcji i zabójstwa pacjenta, CBA przeszukała jego gabinet i mieszkanie. Rewizja w mieszkaniu trwała prawie dziewięć godzin. Potem zdjęcia, na których widać zegarki, luksusowe perfumy, stosy wiecznych piór i butelki markowego alkoholu obiegły media. Miały to być suweniry, jakie w zamian za leczenie kardiochirurg przyjmował od pacjentów. Teraz Mirosław G., już bez rozgłosu, odzyskuje część zabranych mu wtedy rzeczy. Zaledwie kilka "prezentów" ujęto w zarzutach jako łapówki od pacjentów. - Mojemu klientowi oddano trzy z sześciu zabranych mu zegarków - mówi "ŻW" mecenas Magdalena Bentkowska- Kiczor, obrońca kardiochirurga. - Jeden z odzyskanych to plastikowa reklamówka, którą doktor G. otrzymał na jakimś kongresie naukowym - dodaje adwokat. Mirosław G. odzyskał również swój laptop, obrączkę, notesy i kasetę magnetofonową.- Jak się wydaje, agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego brali wszystko, co wpadło im w ręce, na przykład posrebrzane widelczyki w pudełku, filiżankę Rosentala i nagrania Joego Cookera - mówi mecenas Bentkowska-Kiczor. Prokuratura postawiła Mirosławowi G. blisko 50 zarzutów korupcyjnych. Miał przyjąć łapówki (pieniądze i prezenty) za ponad 50 tys. złotych.Jednak tylko trzy z dziesiątek rzeczy, które pokazano, sugerując, że to łapówki od pacjentów, ujęto w zarzutach. Kardiochirurg miał przyjąć od chorych: pudełko cygar oraz butelkę wina wartości ok. 40 zł i butelkę wódki Dębowa (tych dwóch ostatnich, notabene, nie znaleziono w jego mieszkaniu). Te "prezenty" są w zarzutach. O zegarkach ani wiecznych piórach w zarzutach nie ma mowy.

<><><><><><><>

Nowy szef ABW odsunął śledczego

badającego interesy Solorza


awe 2008-01-27, ostatnia aktualizacja 2008-01-27 12:20:46.0

Wkrótce po tym jak Krzysztof Bondaryk objął szefostwo ABW,

odsunięto oficera prowadzącego duże śledztwo

w sprawie interesów Zygmunta Solorza

- poinformował "Newsweek" w swoim wydaniu internetowym.

Tygodnik przypomina, że przed nominacją do ABW, Bondaryk

przez kilka lat pracował w firmach związanych z Solorzem.


Wymianę przez ABW śledczych w sprawie Solorza potwierdził "Newsweekowi" prokurator Zbigniew Pustelnik z katowickiego Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej, który nadzoruje śledztwo. - W grudniu zostaliśmy poinformowani, że dotychczasowy prowadzący został przeniesiony. Ze strony ABW pojawiły się nowe osoby, które przejęły czynności dochodzeniowe - mówi "Newsweekowi" prokurator Pustelnik. Tygodnik ustalił, że prokuratury w całym kraju prowadzą kilka innych śledztw w sprawie interesów powiązanych z Solorzem. A część czynności operacyjnych wykonuje dla nich ABW. Czy przejście Bondaryka z biznesów Solorza do ABW może prowadzić do konfliktu interesu? - pyta "Newsweek". - Pan Krzysztof Bondaryk pracował w wielu instytucjach. Zawsze przestrzegał przepisów oraz zasad obowiązujących w tych instytucjach, co świadczy o jego wysokich kwalifikacjach - odpowiada rzeczniczka ABW mjr Katarzyna Koniecpolska- Wróblewska. Od telekomunikacji od farmacji Wedle oficjalnego, szczątkowego życiorysu, przez ostatnie 6 lat Bondaryk pracował w "sektorze telekomunikacyjnym i bankowym". Jego zawodowe zainteresowania według ustaleń tygodnika są znacznie szersze - handel biżuterią, wyrobami hutniczymi, farmaceutyki. Szef ABW był udziałowcem spółki "Medycyna i Farmacja", oskarżanej o to, że posłużyła do wyprowadzania majątku z państwowego Cefarmu. W jaki sposób? W 2000 roku wojewoda mazowiecki z ramienia AWS Antoni Pietkiewicz zgodził się na powstanie spółki "Medycyna i Farmacja", a jej jedynym udziałowcem został Cefarm. Prezesem, a potem udziałowcem "Medycyny i Farmacji" został Andrzej Radzio - równocześnie zarządca Cefarmu. Udziałowcami "Medycyny i Farmacji" zostały też inne osoby, nie tylko Krzysztof Bondaryk. Wśród współwłaścicieli firmy odnaleźliśmy m.in. kontrowersyjnego posła Roberta Luśnię (LPR), jednego z najbogatszych parlamentarzystów, który w oświadczeniu lustracyjnym zataił swoją współpracę z SB. Objęcie przez osoby fizyczne mniejszościowych udziałów okazało się kluczowe dla losów firmy. Umowa spółki "Medycyna i Farmacja" stanowiła bowiem, że uchwały zgromadzenia wspólników są ważne, jeśli zapadają jednomyślnie w obecności wszystkich wspólników. W efekcie siła głosu właściciela dwóch udziałów, miała takie samo znaczenie co siła głosu Cefarmu posiadającego ponad 6 tysięcy udziałów. Przez to Cefarm stracił kontrolę nad firmą i jej majątkiem, co wytknęła Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z 2002 r. Sprawa zakończyła się odkupieniem przez prywatną firmę wszystkich udziałów w Medycynie i Farmacji, także od Bondaryka.

awe

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paweł dnia Czw 14:46, 15 Maj 2008, w całości zmieniany 6 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paweł




Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 1145
Przeczytał: 2 tematy


PostWysłany: Wto 15:01, 26 Lut 2008    Temat postu: Oficer BOR współpracował z wywiadem Niemiec?

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Prokuratura ściga funkcjonariuszy CBA


Śledztwa dotyczące nadużyć, których mieli się dopuścić funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego, prowadzą prokuratorzy z Warszawy i Płocka. Zarzuty postawiono dotychczas dwóm funkcjonariuszom biura - donosi "Wprost"
Jak się dowiedział "Wprost", 28 maja Prokuratura Okręgowa w Płocku zażądała od pracowników CBA Piotra Kaczorka i Temistoklesa Brodowskiego oryginału nagrania przedstawiającego wprowadzanie Piotra R. do siedziby agencji. Piotra R. zatrzymano w tzw. aferze gruntowej. To kolejne postanowienie w śledztwie dotyczącym rzekomego nakłaniania go przez funkcjonariuszy CBA do złożenia fałszywych zeznań, które miały obciążyć polityków. Z akt śledztwa wynika, że chodzi o Andrzeja Leppera, Janusza Maksymiuka, Stanisława Łyżwińskiego, Wandę Łyżwińską, Elżbietę Wiśniowską, Ryszarda Czarneckiego, Grzegorza Schetynę i Jerzego Szmajdzińskiego.
To nie jedyne problemy CBA. W połowie kwietnia 2008 r. Piotr K., szef Zarządu Techniki Operacyjnej, został zawieszony po tym, jak stołeczna prokuratura postawiła mu zarzut przekroczenia w latach 2001 - 2004 uprawnień przy handlu mieszkaniami operacyjnymi komendy stołecznej. Jak ustaliliśmy, przynajmniej jeden z tych lokali został sprzedany po zaniżonej cenie krewnej Piotra K. Zdaniem śledczych, nagannie wykorzystano procedury operacyjne policji. - K. został zawieszony w wykonywaniu czynności, prowadzone jest także wewnętrzne postępowanie wyjaśniające - informuje Tomasz Frątczak z CBA.

Kolejna sprawa dotyczy Jerzego P., funkcjonariusza Zarządu Operacyjno - Śledczego CBA, zatrzymanego w październiku 2007 r. Wcześniej pracował on w komendzie stołecznej.

7 czerwca 2008 r

Źródło informacji: Wprost

.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Naprawdę szybkie kursy oficerskie

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski

2008-04-25, ostatnia aktualizacja 2008-04-25 08:06:48.0

Nie 17 dni, a ledwie 17 godzin trwały kursy

na oficerów służb specjalnych za czasów rządów PiS

Ustaliła to wczoraj sejmowa speckomisja.

Badała, ile trwały kursy, po których

można było awansować na oficera.



Media donosiły, że kursy były niezwykle krótkie. Np. w BOR oficerem można było zostać po 11 dniach, w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego Antoniego Macierewicza - po 17 dniach, w ABW po miesiącu. - Ustaliliśmy, że w SKW, choć kurs faktycznie trwał 17 dni, to dziennie kursanci szkolili się godzinę, czyli samo szkolenie to zaledwie 17 godzin - mówi "Gazecie" jeden z członków komisji. Podobnie było - szkolenie tylko przez jedną godzinę dziennie - w innych służbach.Przyspieszonych awansów nie można cofnąć. Dlatego komisja proponuje, by oficerów po szybkich kursach doszkolić. - Uważamy, że należy dać im szanse wykazania się - tłumaczy inny poseł.Przypomnijmy - w BOR po kursie awansowano na stopień oficerski co najmniej 46 osób. To było ewidentne złamanie procedur, bo przewidują one, że szkolenie podoficerów na oficerów trwa trzy lata, a osób z wyższym wykształceniem - co najmniej pół roku.W tym superszybkim tempie w BOR awansowano ludzi przyjętych do służby w czasach PiS. - Kiedy PiS przejął władzę, z BOR zwolniono 240 osób. Szybki awans był nagrodą dla nowo przyjętych i tych funkcjonariuszy, którzy byli lojalni wobec władzy - mówi oficer BOR. ABW też nie ominęło zjawisko szybkich awansów na pierwszy stopień oficerski (podporucznika). Objęły one 20 osób, w większości z najbliższego otoczenia szefa Agencji Bogdana Święczkowskiego. Oficerami zostawali po kursach, które formalnie trwały 30 dni, ale biorący w nich udział nie musieli uczestniczyć w zajęciach. Najszybszy awans zaliczył b. wiceszef Agencji, katowicki prokurator Grzegorz Ocieczek. Do ABW w 2006 r. przyszedł jako szeregowiec. Agencję opuścił w 2007 r. w stopniu pułkownika. Po przyspieszonych kursach w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego Antoniego Macierewicza awansowano ok. 50 osób. Oficerami zostawali dziennikarze prawicowych gazet, harcerze i strażnicy leśni.Były premier Jarosław Kaczyński tak tłumaczył się z tych superszybkich szkoleń: - Próbowaliśmy przekształcić tę część aparatu państwowego, która nie została przekształcona po 1989 r. Uważaliśmy, że sytuacja, w której aparat opresyjny niemal nie został zmieniony, jest zła, i chcieliśmy to nadrobić. A jak się chce nadrobić, to trzeba szybko szkolić. Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Służby szczególnej troski .


Jak Macierewicz ujawnił kontrwywiad

Wojciech Czuchnowski,

bw 2008-03-29, ostatnia aktualizacja 2008-03-29 08:58:48.0

Ujawnienie tożsamości oficera Służby Kontrwywiadu Wojskowego

nie jest trudne.

Wystarczy, że będzie chciał kupić lodówkę albo telefon.

A wszystko dzięki Antoniemu Macierewiczowi.

Likwidator WSI i założyciel kontrwywiadu Antoni Macierewicz

(poseł PiS) zaatakował wczoraj "Gazetę" za to,

że w piątek ujawniliśmy przynależność żołnierzy SKW,

którzy pokazali swoje zdjęcia na portalu Nasza-klasa.

Wysyłali je w czasie pełnienia tajnej misji

przy polskim kontyngencie w Afganistanie.

Fotografowali się z bronią, w mundurach i w przebraniu,

a zdjęcia publikowali pod własnym nazwiskiem,

chwaląc się, że właśnie pełnią misję w Afganistanie.



Nie pisali tylko, że należą do SKW, i przedstawiali się jako "oficerowie WP". Zdaniem Macierewicza "Gazeta" "popełniła przestępstwo, łącząc ich [oficerów] portrety i nazwiska ze służbą, którą pełnią (...), popełniła przestępstwo, identyfikując ich jako żołnierzy SKW".Macierewicz pominął fakt, że w artykule ukryliśmy twarze i dane bohaterów.Ale najważniejsze, że to on sam - gdy kierował kontrwywiadem - spowodował, że miejsce pracy żołnierzy i funkcjonariuszy wojskowych służb specjalnych przestało być tajemnicą.

Jednostka Wojskowa 3362

Zlikwidowane w 2006 r. przez PiS Wojskowe Służby Informacyjne

były do tego stopnia tajne, że ich żołnierze w jawnej korespondencji

i w pismach do cywilnych instytucji nie posługiwali się nazwą WSI.

Jako miejsce zatrudnienia na drukach, np. dla banków,

podawano tak jak w armii tylko nazwę jednostki wojskowej JW3362,

która cywilom nie kojarzyła się z tajnymi służbami.

Nowe służby jawne dla wszystkich

Tworząc SKW- w miejsce likwidowanych WSI

- Macierewicz zrezygnował z tego zwyczaju.

Wczoraj z naszą redakcją skontaktowali się dwaj oficerowie SKW,

którzy zgodzili się na opublikowanie kopii zaświadczeń,

jakie SKW wystawiła im dla banku, sklepu AGD i NFZ.

- To, że ktoś pracuje w SKW, przestało być tajemnicą dla kogokolwiek.

Nasze miejsce pracy, a nawet stanowisko znają listonosze,

urzędnicy, pracownicy banków czy sprzedawca,

od którego chcemy kupić lodówkę na raty.

Wystarczy, że ktoś taki wpisze potem nazwisko w internet

i bez trudu znajduje np. zdjęcia żołnierza czy funkcjonariusza,

jeżeli ten umieścił je w internecie na takim portalu jak np. Nasza-klasa

- mówi nam oficer.


Zaświadczenia z zakładu pracy, o zarobkach oraz okresie zatrudnienia potrzebne są do wszystkich niemal zakupów na raty, a nawet do kupna telefonu komórkowego dla dziecka.W zaświadczeniach, które pozwolili nam skopiować oficerowie SKW, jest pieczątka z pełną nazwą SKW, odręczne rozwiniecie tego skrótu, adres SKW, a nawet stanowisko osoby, której wystawiono kwit.- Pisma służbowe, które dostaję z mojej dawnej pracy, przychodzą w kopertach z nadrukiem i pieczęciami SKW. Podobnie jest w przypadku innych b. żołnierzy WSI - potwierdza ostatni szef WSI gen. Marek Dukaczewski, dodając, że w przed powstaniem SKW nazwę WSI i ich struktur stosowano tylko w wewnętrznej korespondencji klasyfikowanej jako poufna i tajna.Za granicą pod przykryciem W większości krajów zachodnich pracownicy tajnych służb nie podają swego prawdziwego miejsca pracy. W USA, Wielkiej Brytanii i Izraelu oficerowie służb, podając, gdzie pracują, łamią prawo. W krajach tych istnieją specjalne komórki, które w służbach zajmują się budowaniem fałszywych karier dla swoich pracowników - dostarczają one oficerom wszelkie dokumenty potrzebne do codziennego życia, ale pochodzące z innych agend rządowych lub fikcyjnych firm prywatnych.W Polsce miejsca pracy swoich ludzi na zaświadczeniach przekazywanych bankom itp. nie ukrywa ABW. Funkcjonariusze są w nich jednak przedstawiani jako "urzędnicy państwowi".

Wojciech Czuchnowski, bw

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Służby szczególnej troski.

Kontrwywiad zdekonspirowany

na Naszej-Klasie.

MON ukarze żołnierzy


jg, cheko, PAP 2008-03-28, ostatnia aktualizacja 2008-03-28 15:48:02.0

Szef MON Bogdan Klich wydał polecenie

wszczęcia natychmiastowego postępowania dyscyplinarnego

wobec oficerów SKW, których zdjęcia

znalazły się na portalu "Nasza Klasa"

- poinformował rzecznik resortu Robert Rochowicz.

Z kolei poseł PiS Antoni Macierewicz twierdzi,

że to nie żołnierze, lecz "Gazeta Wyborcza"

popełniła przestępstwo identyfikując oficerów.


"To jest dowód na kompletny brak wyobraźni" Jak podał Rochowicz, formalny wniosek w tej sprawie przygotowała Służba Kontrwywiadu Wojskowego, której szef udzielił już żołnierzom upomnienia.- Co prawda zdjęcia i podpisy umieszczone na portalu internetowym nie identyfikowały w sposób jednoznaczny tych żołnierzy z SKW, jednak nie umniejsza to nagannego postępowania tych oficerów, którzy przed wyjazdem na misje podpisali instrukcje zobowiązujące ich do należytego dbania o bezpieczeństwo swoje i podwładnych - głosi stanowisko MON.Według Rochowicz postępowanie dyscyplinarne może skończyć się naganą, ale możliwe są również inne kary, aż po wydalenie ze służby. Rzecznik uważa, że sprawa jest o tyle niezręczna, "że gdyby nie artykuł >>Gazety Wyborczej<<, to nikt tych postaci nie połączyłby ze Służbą Kontrwywiady Wojskowego"."Gazeta Wyborcza" w piątek napisała, że sześciu oficerów SKW wysyłało z Afganistanu swoje zdjęcia do portalu "Nasza Klasa" i opublikowała niektóre z nich. Gazeta pokazuje je bez nazwisk i stopni. Oficerowie wysyłali zdjęcia z bronią, w mundurach i w przebraniu. Występowali pod własnymi nazwiskami. Nie podawali wprawdzie, że służą w SKW - pisali, że są "oficerami WP".Macierewicz: żołnierze SKW nie zrobili nic nagannego, to GW popełniła przestępstwo Według posła PiS, b. szefa SKW Antoniego Macierewicza to nie żołnierze SKW popełnili przestępstwo, a "Gazeta Wyborcza", identyfikując tych żołnierzy w swojej publikacji.Macierewicz zapowiedział złożenie zawiadomienia o przestępstwie. Podkreślał, że żołnierze Służby kontrwywiadu Wojskowego jadą na misje jak zwykli żołnierze. "Zachowują się też jak inni - robią zdjęcia, publikują je w sieci. Dopiero wskazanie, że ten z prawej z brodą jest z SKW ujawnia ich zadania i naraża na niebezpieczeństwo. A tego dopuściła się Gazeta" - argumentował poseł.- Atakuje się jeden z najlepszych zespołów kontrwywiadowczych jaki istnieje właśnie dlatego, że nie wywodzi się z WSI. I to jest rzeczywistym podtekstem i rzeczywistym celem ataku tych, którzy przekazali ten materiał. Czy redaktorzy Gazety zdają sobie sprawę z tego, że nie tylko popełniają przestępstwo, ale również realizują pewną misję polityczną destrukcji kontrwywiadu - tego oczywiście nie wiem i nie chcę im tego zarzucać - powiedział Macierewicz.Graś: Błąd ma na imię Antoni Gdzie indziej natomiast upatruje winy były koordynator służb specjalnych w rządzie Donalda Tuska Paweł Graś. Uważa on, że to Antoni Macierewicz odpowiada za wybryk żołnierzy kontrwywiadu. Według niego, bardzo łatwo w całej sprawie znaleźc jeden, podstawowy błąd.- Ten błąd ma na imię Antoni, a na nazwisko Macierewicz - powiedział Graś. - Ten człowiek nigdy nie powinien się znaleźć w miejsu, w którym się znalazł. Nigdy nie powinien być szefem bardzo ważnej służby, bo jest do tej roli kompletnie nieprzygotowany i kompletnie nieprofesjonalny. Jest dobry do grzebania się w teczkach i szukania haków, natomiast nie nadaje się na szefa takiej służby. Ktoś kto postawił go na takim stanowisku ponosi za to odpowiedzialność.

Zobacz Zoom24.pljg, cheko, PAP

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Służby szczególnej troski.

CBA sprzątnęło policji sprzed nosa

sprawę Wdowczyka



awe, PAP 2008-03-28, ostatnia aktualizacja 2008-03-28 13:49:08.0

CBA sprzątnęło sprzed nosa policji sprawę Wdowczyka

- informuje Radio ZET.

Postępowanie przeciwko zatrzymanemu trenerowi piłkarskiemu,

od dawna prowadzili policjanci, ale kiedy sprawa była już gotowa

i trzeba było tylko założyć Wdowczykowi kajdanki

prokurator przekazał ją do CBA.

W efekcie, zatrzymanie mogło opóźnić się o kilka miesięcy.


Postępowanie przeciwko Wdowczykowi, byłemu trenerowi Korony Kielce, policja prowadziła w ramach szerokiego śledztwa w sprawie korupcji w piłce nożnej. W listopadzie, prokuratura zdecydowała jednak o wyłączeniu materiałów dotyczących korupcji w Koronie Kielce i przekazaniu sprawy do CBA.Policjanci sprawę przekazali, a ponieważ była ona niemal zakończona, to CBA mogło dziś zatrzymać Wdowczyka. Dlaczego wrocławska prokuratura nakazała policji oddać postępowanie? Tego oficjalnie nie wiadomo. Być może, trochę światła na tę zagadkę, rzuca fakt, że od niedawna, policjant z wrocławskiej specgrupy do spraw korupcji w piłce nożnej zmienił pracę i dziś jest w CBA.Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji powiedział, że policja prowadziła tę sprawę już długo i było ona już w końcowej fazie, a w listopadzie prokuratura zdecydowała o przekazaniu tej sprawy CBA. CBA o Wdowczyku:

Możemy mówić o czynnej korupcji

awe, PAP

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Prokuratura umorzyła śledztwo

ws Bondaryka


tan, gazeta.pl 2008-03-25, ostatnia aktualizacja 2008-03-25 20:16:35.0


Szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Krzysztof Bondaryk,

nie usłyszy przed sądem zarzutów

w sprawie przecieku informacji w Erze - ujawniła "Rzeczpospolita".

Warszawska Prokuratura umorzyła śledztwo w tej sprawie

już 31 stycznia.

W 2005 roku doszło do wycieku tajnych informacji

z siedziby Polskiej Telefonii Cyfrowej, operatora komórkowego era.

Za bezpieczeństwo tych danych odpowiadał wtedy obecny szef ABW.

Właśnie z tego powodu prezydent Lech Kaczyński

zwlekał długo z podpisaniem jego nominacji,

co było powodem konfliktu z rządem Tuska.


Mimo braku podpisu prezydenta premier powołał Bondaryka na stanowisko.

Tajna decyzja prokuratury

Uzasadnienie decyzji o umorzeniu śledztwa

zostało przez prokuraturę okręgową

utajnione.


Wiadomo jednak - jak donosi "Rz" - że prokuratorzy prowadzący sprawę po prostu nie dopatrzyli się przestępstwa w większości wątków dotyczących Bondaryka.

Najważniejszy zarzut dotyczył wątku

wynoszenia z firmy dokumentów zawierających tajne informacje

przez Sławomira S. od kwietnia do sierpnia 2005 roku.

W dokumentach znajdowały się informacje o billingach,

podsłuchach

i kontaktach firmy z służbami specjalnymi,

sądami i prokuratorami w całym kraju.


Ziobro wściekły - To skandal.

Wiele wskazuje,

że pan Bondaryk

powinien mieć postawione zarzuty.


Kolejnym skandalem jest poinformowanie o tym fakcie

prawie dwa miesiące po podjęciu decyzji

- powiedział "Rzeczpospolitej" były minister sprawiedliwości

Zbigniew Ziobro.


tan, gazeta.pl

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Szef ABW wykrywał pluskwy "po znajomości"


W 2005 r. obecny szef ABW Krzysztof Bondaryk

polecił wykryć podsłuchy u swego znajomego,

którego tropiły organy ścigania

- informuje tygodnik "Newsweek".

Bondaryk pracował wówczas w Polskiej Telefonii Cyfrowej

(operatorze sieci Era), gdzie odpowiadał m.in.

za ochronę informacji niejawnych.

Spółka miała drogie, specjalistyczne urządzenia

służące do wykrywania podsłuchów.


- Taka firma jak Era prowadzi różne interesy. Czasem, gdy planowano wyjazdowe posiedzenie zarządu albo poufne negocjacje, wysyłani byli wcześniej specjaliści z aparaturą i sprawdzali wskazane pomieszczenia - tłumaczy tygodnikowi jeden z pracowników Ery. Według informacji "Newsweeka" Krzysztof Bondaryk zlecił dwóm podwładnym sprawdzenie, czy w kancelarii adwokata Władysława H. są zainstalowane pluskwy. - W PTC są polecenia wyjazdu i jego rozliczenia - mówi informator "Newsweeka". Operację w kancelarii Władysława H. potwierdzają też zeznania i dokumenty zgromadzone przez prokuraturę w śledztwie dotyczącym wycieku tajnych informacji z Ery. Co na to ABW? Rzeczniczka Agencji mjr Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska w liście do redakcji "Newsweeka" napisała: "Agencja oświadcza, iż nie udziela informacji na temat prywatnego życia pana Krzysztofa Bondaryka".

2008-03-24

(Newsweek)


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>



Oficer BOR

współpracował z wywiadem Niemiec



mar, PAP 2008-03-16, ostatnia aktualizacja 2008-03-16 22:27:48.0

Pracujący w Kancelarii Premiera oficer Biura Ochrony Rządu przez lata prawdopodobnie współpracował z niemieckim wywiadem - napisał w niedzielę "Wprost". Według tygodnika, od kilku miesięcy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego bada tę sprawę.


Rzeczniczka ABW mjr Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska odmówiła komentarza na ten temat. Nie chciała się w jakikolwiek sposób odnieść do doniesień "Wprost".

Według informacji zamieszczonej na internetowej stronie tygodnika, w połowie 2007 r. w ręce oficerów Agencji Wywiadu wpadł tajemniczy film. Autor zdjęć nagrał wszystkie najważniejsze pomieszczenia Kancelarii Premiera.

Według informatora tygodnika, okazało się, że film nagrał funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu, a dzięki dokumentom tajnym, które widać na filmie, ustalono, że nagranie pochodzi z 1997 r., kiedy premierem był Włodzimierz Cimoszewicz.

Autor filmu zarejestrował cały gabinet szefa rządu, robił zbliżenia na zawieszone w nim obrazy, ciąg klimatyzacyjny, ukryte podłączenia komputerowe. Na filmie widać, że na biurku premiera leżą dokumenty z klauzulą "tajne". Nagrane są także wszystkie przejścia do kolejnych pomieszczeń i wszystkie wyjścia z gabinetu premiera; sfilmowano też magazyn broni.

"Wprost" ustalił, że funkcjonariusz BOR nagrał film podczas zaplanowanego wcześniej alarmu przeciwpożarowego.

Zaraz po odkryciu taśmy - pisze tygodnik - agenci ABW weszli do gabinetu premiera - był nim wówczas Jarosław Kaczyński i zarządzili remont; szefa rządu przeniesiono do innego skrzydła budynku kancelarii. Według rozmówcy "Wprost" przeszukany został cały gabinet premiera, sprawdzono przewody klimatyzacyjne, obrazy i podłogę, ale podsłuchu nie znaleziono; remont trwał na przełomie lipca i sierpnia 2007 r.

"Wprost": Nagranie trafiło do niemieckiego wywiadu

Według "Wprost", funkcjonariusze Agencji Wywiadu ustalili, że nagranie trafiło do niemieckiego wywiadu. Sprawę szybko przekazano do ABW, natychmiast wszczęto śledztwo i objęto je klauzulą "ściśle tajne".

Sekretarz stanu w Kancelarii Premiera Rafał Grupiński powiedział w niedzielę wieczorem w TVN24, że nie ma wiedzy o tej sprawie. Jak dodał, nie wyklucza, że "osoby, które w otoczeniu premiera zajmują się tymi kwestiami tę wiedzę już posiadają i być może w tej sprawie są już jakieś czynności".

Inny gość TVN24 szef sejmowej Komisji ds Służb Specjalnych Janusz Zemke (LiD) powiedział, że komisja nie ma w tym momencie żadnej wiedzy na ten temat. Zapowiedział, że komisja poprosi kierownictwo ABW o informacje.

Zemke zaznaczył, że mowa jest o 1997 r. "Polska jeszcze wtedy ani nie była w NATO, ani nie była w UE. Powiedziałbym, że wówczas jeszcze mogły dziać się sytuacje różne i nasz wywiad miał różne kierunki zainteresowania" - powiedział poseł.

Jak dodał, "dobrze wiemy, że takie rzeczy się nie powinny dziać, ale służby państw, które jeszcze w jakimś momencie nie są zaprzyjaźnione tak do końca - ani te państwa, ani do końca służby -

mogły robić różne rzeczy". Zastrzegł jednak, że celowo mówi, że "mogły", ponieważ nie ma na ten temat szerszej wiedzy.

Zemke powiedział, że "do skandalu doszłoby wtedy, gdyby to się działo w czasach kiedy Polska już była w NATO, czy w Unii Europejskiej". "Sytuacji takiej sobie nie wyobrażam" - dodał.

mar, PAP

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA


<><><><><><><><><><><>



Szpieg w BOR, który przestał kochać

w 2008-03-18, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 20:44:53.0


Czy zemsta zawiedzionej kochanki

jest przyczyną kłopotów kapitana BOR

podejrzanego o szpiegostwo na rzecz Niemiec?


O tym, że ABW prowadzi śledztwo w sprawie szpiega, który od 1996 r. pracował jako oficer BOR w kancelarii premiera, napisał najnowszy "Wprost". Według tygodnika ABW na trop podejrzanego wpadła w 2007 r. i od tego czasu sprawdzała jego kontakty z niemieckim wywiadem. Dowodem przeciwko oficerowi jest nakręcona przez niego taśma z nagraniem pomieszczeń kancelarii (m.in. gabinetu premiera Włodzimierza Cimoszewicza i kancelarii tajnej). Taśma trafiła do niemieckich służb, co stało się w ubiegłym roku powodem zmiany lokalizacji pokoju, w którym siedzi szef rządu.Oficjalnie ani ABW, ani Biuro Ochrony Rządu sprawy nie komentują. Według źródeł "Gazety" w BOR podejrzanym jest oficer w stopniu kapitana. Od pół roku jest na zwolnieniu lekarskim. Do tego czasu był przydzielony do ochrony kancelarii kolejnych premierów. Nasi rozmówcy z BOR twierdzą, że w całej sprawie chodzi nie o szpiegostwo, lecz o lekkomyślność oficera i zemstę jego zawiedzionej kochanki. - Facet, prawdopodobnie żeby zaimponować tej kobiecie, nakręcił film w kancelarii. Film został u niej w domu, bo mieszkali razem. Kiedy po latach ją rzucił, ta przekazała go pracownikowi ambasady Niemiec, a potem napisała anonim do ABW - twierdzi nasz informator BOR. Dodaje, że nawet jeśli kapitan tylko nakręcił film bez zamiaru pokazywania go komukolwiek poza kochanką, i tak popełnił przestępstwo i powinien co najmniej zostać wyrzucony z Biura. Jednak ABW potraktowała sprawę poważnie i domniemany szpieg był przez wiele miesięcy objęty obserwacją, która miała stwierdzić, czy kontaktuje się z niemieckimi specsłużbami.

w

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl &copy; Agora SA







.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paweł dnia Pon 3:54, 09 Cze 2008, w całości zmieniany 11 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum o przestępcach w policyjnych mundurach Strona Główna -> Policja V RP Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin